sobota, 31 grudnia 2011

141. Sylwester.

Siedzimy sobie razem w kuchni. Ja zrobiłam sałatkę z brokuła, fety i migdałów i upiekłam piernik. R. przygotowuje brukselkę i będzie grillował polędwiczkę. Posprzątaliśmy mieszkanie, zrobiliśmy zakupy, w lodówce chłodzi się szampan. Spędzamy sylwestra w domu. Sami. Razem.
I oboje jesteśmy z tego powodu bardzo zadowoleni. Dostaliśmy kilka zaproszeń od znajomych. Stwierdziliśmy jednak, że nie mamy ochotę iść tysięczny raz na taką samą imprezę do koleżanki, ani do wynajętego pubu z kolegą i setką nieznanym nam jego znajomych. Nie chcieliśmy też siedzieć przed telewizorem z moim rodzeństwem ani rodzeństwem R. Siedzimy więc w domu. Będziemy grać w gry, rozmawiać, oglądać filmy. Zresztą po co się tłumaczę. Kto powiedział, że sylwestra spędzać trzeba w konkretny sposób? Że nową kieckę trzeba kupić? Makijaż według najnowszych trendów zrobić? I iść w jakieś miejsce nie wiadomo do końca jakie?
W dupie mam sylwestra :)
Nie chce mi się i już.

Ale z okazji Nowego Roku życzę sobie i Wam wszystkim dużo spokoju, radości i spełnienia. Spełnienia siebie i swoich marzeń. Miłości pięknej, prawdziwej i bezinteresownej. Satysfakcji z tego co robicie w życiu i tego co osiągacie. I zdrowia również. I sił. Żeby iść naprzód i uśmiechać się do życia.

poniedziałek, 26 grudnia 2011

140. Święta, święta...

i po świętach.
Jakie były Wasze?
Ja na swoje w tym roku narzekać nie mogę. Przez kilka ostatnich lat moje święta były czymś do czego musiałam się zmuszać. Nie czułam, że nadchodzą. Nie miały dla mnie większego znaczenia. W tym roku na szczęście udało mi się poczuć ich magię. Odpoczęłam bardzo, co było mi potrzebne. Nastroiłam się pozytywnie na nadchodzący czas i mam nadzieję, że życzenia, które dostałam od rodziny i znajomych się spełnią.

Nie spędziłam tego czasu do końca tak jak sobie zaplanowałam. Ale widocznie tak miało być. Miałam bardzo dużo czasu na przemyślenie wielu spraw i poukładanie sobie w głowie wielu kwestii, których nie rozumiałam i nie umiałam ogarnąć. Wiem jak chciałabym żeby wyglądało moje życie i będę do tego dążyć. Małymi kroczkami idąc do przodu osiągnę to co sobie założyłam. Bo wiem, że wiele rzeczy potrafię. Muszę się tylko czasem wysilić i postarać.

Mam zamiar cieszyć się życiem i być szczęśliwa. Kochać i być kochaną. I wierzyć, że życie jest i będzie piękne już zawsze. Czego i Wam życzę!!!

poniedziałek, 19 grudnia 2011

139. Nowy tydzień pełen wrażeń!

Oj tak. Czeka mnie tydzień pełen wrażeń i pracy. I chociaż chciałoby się usiąść i ponarzekać na to wszystko co będzie, to się powstrzymam. Po co mi to? Pomóc nie pomoże, tylko siły odbierze i negatywnie do życia nastawi. A tego byśmy nie chcieli.

Poprzedni tydzień minął trochę za szybko. Nie zorganizowałam się tak jak chciałam przez co teraz mam trochę zaległości do nadrobienia. Ze wszystkim jednak dam radę, bo czemu miałabym nie dać?
Weekend spędziliśmy z R. u mnie. W planach mieliśmy oglądanie sal na wesele, ale oczywiście znaleźliśmy tysiąc powodów dla których jednak lepiej będzie to zrobić w innym terminie. Bez sensu trochę, bo skoro i tak przepuściliśmy weekend przez palce to można było coś konstruktywnego zrobić. A my siedzieliśmy nad grami planszowymi z moim rodzeństwem. Polecam Cytadelę. Bardzo fajna gra strategiczna. Nie polecam jednak do tego pić wina domowej roboty, na pół z mamą, bo grozi obniżoną koncentracją i bólem głowy następnego dnia :) Monopol oczywiście też godny polecenia, ale to klasyka. Klasyka nie potrzebuje poleceń. Cieszę się na święta, póki co tylko z powodu gier, w które będziemy grać. Mam nadzieję, że świąteczny nastrój mi się trochę udzieli. Narazie jednak z tym ciężko. Drażni mnie świąteczne szaleństwo dookoła. Tylko dzięki temu, że ludziom odbija ze światełkami i zakupami wiem, że idą święta. Poza tym niestety nic. A szkoda...

Do roboty!!!

wtorek, 13 grudnia 2011

138. Naukowo i muzycznie...

... dodając do notatek z biotechnologi roślin przeplatanych roślinami ozdobnymi jakąś fajną muzykę, nauka wcale nie jest taka zła.
A ja dziś w tle mam nową płytę Alicji Janosz. Czytałam wiele pochlebnych opinii. Postanowiłam więc sprawdzić.
No i jest jak jest:


I tutaj jeszcze zupełnie inna odsłona:


Widać i słychać różnicę, ale jeszcze nie umiem powiedzieć czy mi się to podoba.
Umiem za to powiedzieć jak przebiega proces embriogenezy somatycznej, jak tworzy się sztuczne nasiona, albo jak wyglądają cebule i bulwy niektórych roślin ozdobnych.
;)

poniedziałek, 12 grudnia 2011

137. Popołudniowa kawka...

...w towarzystwErykhi Badu i sobotnich Wysokich Obcasów. Tak, tak, bo coś pozytywnego od życia mi się należy. Zwłaszcza, że zapowiada się naprawdę bardzo intensywny tydzień. W zasadzie dwa tygodnie. Czekam więc na święta z utęsknieniem. Mam nadzieję, że to będzie czas twórczego odpoczynku, kreatywna bezczynność, a nie przewalenie czasu, a potem stawanie na głowie żeby wszystko nadrobić.
Ale to jeszcze dwa tygodnie.
Póki co jest tu i teraz.

A tu i teraz jest dobrze.
Piątek i sobotę spędziłam na kursie florystycznym :) Dostałam certyfikat ukończenia pierwszego stopnia. Już zapisałam się na drugi. Kurs organizowany przez uczelnie. Nie kosztuje zbyt dużo, w porównaniu z innymi tego typu kursami, więc jestem bardzo zadowolona. W domu mam teraz mnóstwo kwiatów, bo wszystko co zrobiliśmy mogliśmy wziąć do domu. Nie bardzo wiem tylko co zrobić z wiązanką pogrzebową :) Trochę się pochwalę: (do ideału im jeszcze daleko, ale jak na pierwsze zetknięcie z taką formą to jestem z siebie zadowolona)







W sobotę wieczorem przyszli znajomi na winko i szarlotkę. Zdarzyło się już kilka razy tak, że zaproszeni nie przyszli, więc teraz się zmartwiłam, jak napisali że przyjdą, a potem się nie zjawili. Napisali jednak, że spóźnią się małe pół godzinki, co w ich słowniku znaczyło 45 minut. No ale przyszli. Wieczór sympatyczny. Poznałam chłopaka M., o ktorym dużo słyszałam, ale nie miałam okazji poznać go osobiśccie. I może lepiej żeby tak zostało, bo chłopak jakiś taki dziwny. Nie mnie jednak oceniać. Może jej odpowiada...

Niedziela natomiast minęła bardzo leniwie. Nie wiem, czy to przez wypite wino, czy po prostu jakieś takie osłabienie i zmęczenie tygodniem nas dopadło, ale oboje z R. przełaziliśmy cały dzień z kąta w kąt. Wybraliśmy się na festiwal sztuki i przedmiotów artystycznych na targi, ale zachwytu w nas to nie wzbudziło. Jak ktoś był po raz pierwszy to może, ale ja byłam już po raz kolejny i zobaczyłam dokładnie te same rzeczy co rok temu i dwa lata temu też. Tak więc trochę jestem zawiedziona.
Obudziła się jednak we mnie dusza artystyczna i postanowiłam wziąć się za robotę. Skończyłam więc w końcu ten szal, który robiłam... już się bałam, że zima minie, a ja go nie skończę, a potem zdjęłam z szafy zapomniany karton z różnego rodzaju rzeczami do przerobienia i mam nadzieję, że ruszę coś w tym tygodniu.

Miłego popołudnia!!!

wtorek, 6 grudnia 2011

136. O kryzysie świątecznym, czarnej dziurze pogodowej i kupie roboty...

... i choć temat tego posta pozytywnie nie nastraja, to ja narzekać nie będę.
Szkoda czasu na narzekanie.
Chociaż rzeczywiście jakiś kryzys przedświąteczny mi się załączył. Wkurza mnie to co się dzieje w sklepach i centrach handlowych. Drażnią reklamy w telewizji, gdzie wszyscy jakoś tak super są zadowoleni, bo mają choinkę pięknie przyzdobioną, a w portfelu nową kartę kredytową z choiną czy świeczką. Ale najbardziej to chyba wkurza mnie jak co roku moja sytuacja rodzinna i niepewność gdzie te święta się odbędą i jak będą wyglądały. Różnicą jest to, że kupiliśmy już wszystkie prezenty i unikniemy dzięki temu latania po slepach na ostatnią chwilę. A to bardzo dobrze, bo tego bym nie zniosła.

I ja wiem przecież, że święta, to nie ta cała otoczka. Nie prezenty, choinka czy karta kredytowa. To rodzina, dom o wspólnie spędzony czas. A ja boję się tego czasu wspólnego. Dlaczego? No i to jest bardzo dobre pytanie, na które odpowiedzi nie znam...

Myślicie, że będzie śnieg na święta??? Bo póki co, to za oknem jest naprawdę jakaś czarna dziura (co by dupa nie powiedzieć) pogodowa. Raz ciepło, raz zimno, wieje jak nie powiem co, czasem słońce, czasem deszcz. O co to chodzi do cholery jasnej?

Bardzo miły weekend spędziliśmy z R. u jego rodziców. Objadłam się jak świnia oczywiście, mimo obietnic, że tego nie zrobię. Obiecanki, cacanki. A jak tu się nie obżerać jak świniobicie było i na stole pyszne kiełbasy, kaszanka, smalec, wątrobianka... No jak???
A jak miło byłam zaskoczona imieninami :) Poszliśmy do kościoła, a po powrocie, na stole przy swoim talerzu znajduję kartkę: "Z najlepszymi życzeniami, dla Basi, ...". Ojciec R. chory leżał w łóżku ale o imieninach pamiętał. Miło mi było bardzo :)
Poza tym winko z teściową przed południem, a potem spisywanie tajemnych receptur i przepisów na różnego rodzaju pyszności :) Rewelacja, naprawdę.
Potrzebny był nam taki weekend. R. odpoczął, co widać bardzo. A ja też jakaś taka energiczna bardziej jestem. A to akurat dobrze, bo w robocie zakopana jestem po uszy. Na dodatek w weekend przyjeżdża moja mama, a ja mam kurs florystyczny...
No cóż. Damy radę, bo kto ma dać, jak nie my :)

sobota, 3 grudnia 2011

135.

Coś jest nie tak.
Jest sobota. Weekend. Do zrobienia, owszem, pare rzeczy jest, ale raczej standardowo. Mogłabym pospać trochę, jak każdy normalny człowiek w sobotę, a ja co? Wstałam przed budzikiem, o 6.15.
W sobotę!
A jak w tygodniu mam wstać, to za cholerę mi nie idzie.
Widocznie do grona normalnych ludzi się nie zaliczam. A przynajmniej nie we wszystkich kwestiach.

Zresztą nie narzekam. Nie chciało mi się spać już, to wstałam. I zrobiłam co? Zaprojektowałam kurtyny cieniujące do szklarni :) Bo muszę projekt gospodarstwa zrobić na inżynierię ogrodniczą.
Mam nadzieję, że się nikt nie dowie, że ja w sobotę o 7 rano projektuję szklarnie bo już w ogóle dziwnie na mnie będą patrzeć.
A zresztą, co mnie to obchodzi.

R. zdecydował się jednak na wyjazd do rodziców jego weekendowy. I dobrze, bo ja to się nawet trochę stęskniłam. :) Poza tym nie lubię słuchać potem jak to rzadko przyjeżdżamy i dlaczego tak. Przecież do mnie jeździmy częściej. A to jest w ogóle nie prawda, bo mniej więcej tyle samo.
Najem się znów jak dzika świnia :) I choć brzmi to może średnio fajnie, to taka prawda i powinnam raczej napisać, że się nażrę, ale nie wypada :)
Wiejskie jedzenie. Świeży placek i smalec i mleko :)
Tylko uwaga, nie należy tego mieszać ze sobą w zbyt krótkim odstępie czasowym, bo może to skończyć się nieprzyjemnie.
Zresztą obiecuję sobie, że tym razem zachowam granice przyzwoitości i obżerać się aż tak  nie będę, bo zaczynam widzieć efekty moich pieszych spacerów po mieście i aerobiku i nie chciałabym tego zaprzepaścić.

A teraz idę umyć włosy, zaparzyć kawę i siadam do czytania Waszych blogów. Uwielbiam sobotnie poranki :)

piątek, 2 grudnia 2011

134. Kura domowa i dziobak w jednym...

Budzik zadzwonił o 6.00 rano. R. wstał bez gadania, co się na ogół nie zdarza ale dziś akurat, jak ja mam wolne i mogłabym pospać, on musiał wstać i spieszyć się do pracy. Cóż... Szkoda tylko, że kawy nie zaparzył. Jak już się zebrał i poszedł to pomyślałam sobie, że może jeszcze chwilkę pośpię. Ale ja już tak mam, że jak się raz obudzę rano, to nie umie zasnąć znowu. Posiedziałam więc jeszcze chwilkę w łóżku i w końcy wstałam.
Wolny dzień.
Więc tak: zrobiłam wielkie pranie (ręczniki, pościel, itd., itp.), posprzątałam mieszkanie, poszłam na zakupy, ugotowałam obiad, wywietrzyłam całe mieszkanie i kupiłam prezenty świąteczne.
Taka sobie kurka domowa. Rasowa bym powiedziała :)
Popołudnie się zrobiło więc się wzięłam trochę za naukę, ale że średnio idzie to to odłożyłam na rzecz gapienia się w serial jakiś tam. Teraz R. zadzwonił, że wraca do domu, więc obiad trzeba podgrzać. Posiedzieć, pogadać, się zrobi wieczór. A malowanie paznokci i czytanie gazetki to kiedy??? :) (o blogach wspominać nie będę).
Myślę, że po obiedzie.

I tak naprawdę to ja lubię takie dni. Jeszcze jak bym je sobie bardziej zorganizowała to mogłyby być jeszcze bardziej owocne. Ale niech już jest jak jest.
Weekend u teściów miał być. Ale R. jak zawsze plany zmienił i cały czas mówi, że jeszcze zobaczymy czy pojedziemy. No więc zobaczymy.

A w programie kulinarnym dziś u mnie zupa krem kalafiorowo-brokułowa z grzankami i faszerowane papryki, z ryżem pieczarkami i serem :)

niedziela, 27 listopada 2011

133. Dylemat prawdziwy, czy bezsensowne wymyślanie problemów?

Ja to się chyba tak szybko nie nauczę jak postępować z mężczyznami żeby było dobrze. Sytuacja jest taka: R. zaprasza swojego współlokatora na męski wieczór do nas. Dawno się nie widzieli. W planach były męskie rozmowy o życiu i śmierci, ploty z ostatniego roku (bo to absolutna i święta prawda jest, że mężczyźni są większymi plotkarzami niż kobiety) i oczywiście morze wódki do wypicia. Ja wieć jakoś tak sama z siebie pomyślałam sobie, że z domu trzeba by wybyć. No bo jak to męski wieczór z babą? R. oczywiście zapierał się rękami i nogami, że nie, absolutnie nie, zostań kochanie, no nie wygłupiaj się. Itd., itp. W końcu jednak zaprosił kolegę A. a mi zaproponował żebym poszła do jego narzeczonej K., która przez to że A. przychodzi do nas ma chatę wolną. No to dobrze. Dyplomatycznie i bardzo delikatnie sprawa pozbycia się baby z domu została rozwiązana. My z K. jak to z babami bywa zaplanowałyśmy sobie mniej więcej co i jak. Film, drineczki, sałateczki... Wszystko jest dograne i co? R. dzwoni do mnie dwie godziny przed spotkaniem z kolegami (bo ja na dodatek byłam jeszcze u babci, ale ponieważ postanowiłam pozytywnie do życia podchodzić od dziś, to nie będę o tym opowiadać) i mówi, że kolega współlokator były przyjdzie z koleżanką. I że tak naprawdę to najlepiej jakbym została jednak w domu. W tym samym czasie jednak K. zaprosiła do siebie jeszcze dwie inne koleżanki, których nie znałam na nasz babski wieczór i powiedziała, że nie ma mowy w ogóle o zmianie planów jakichkolwiek.
No i co? Zostałam w kropce. Co tu teraz zrobić. Ratować narzeczonego i jego męski wieczór zepsuty przez współlokatora i jego koleżankę, który tak właściwie dosyć często w ostatniej chwili zmienia plany, czy iść na zaplanowany babski wieczór, co by K. nie było przykro, że ją zostawiam na lodzie w ostatniej chwili?
Poszłam do K. bo mnie bardzo denerwują takie zmiany planów przez innych. To trochę tak jakby nie szanowali Ciebie i Twojego czasu. Ale było mi przykro, że zostawiłam R. samego w takiej dziwnej sytuacji. Na szczęście wszystko się jakoś samo ułożyło i wyszło w miarę dobrze, a na koniec chłopaki i tak przyszli do K. gdzie skończyli swoje pół litra po czym z R. wróciliśmy do domu.
Ale tak naprawdę to jakie wyjście z sytuacji byłoby najlepsze?

Ja to się w ogóle jak jakiś dzikus zachowuję w kontaktach towarzyskich. W piątek to siedziałam wieczorem w tym łóżku i było mi tak dobrze z jednej strony, ale z drugiej... Znowu skreśliłam grupę ludzi tylko na podstawie jednego spotkania z nimi. Bezsensu zupełnie przecież. Nie wpasowałam się wtedy w klimat co nie znaczy, że w ogóle nie będę się mogła w niego wpasować. A to sympatyczni ludzie są przecież. Ech... głupio mi było bardzo potem, że nie poszłam na to piwo z R. No i jak ja mam potem mieć niewiadomo ilu znajomych skoro nie umiem o nich zadbać. No dzikus totalny :)
Będę nad tym pracować.
Zależy mi na przykład na spotkaniu we czwórkę z mężem mojej koleżanki najlepszej. Mieszkałyśmy razem rok i bardzo się zżyłyśmy. Potem ona się wyprowadziła ale nadal utzrymywałyśmy kontakt. Z P. poznaliśmy się na samym początku. Oni przechodzili swoje różne perturbacje ale jakoś to się między nimi wszystko ułożyło dobrze i są teraz szczęśliwym małżeństwem. Nigdy jednak nie spotkaliśmy się razem w czwórkę. Nie wiem czemu. Tzn wiem... bo ja właśnie taki dzikus jestem i zamiast zaprosić ich po prostu do siebie, przygotować coś do jedzenia i po prostu miło i na luzie spędzić z nimi czas, to ja się denerwuję i spinam, że coś będzie nie tak jak powinno i że nie sprostam niewiadomo czemu i że tragedia z tego jakaś wyjdzie... Porażka...

piątek, 25 listopada 2011

132. Wolny piątek...

... a ja co?
Pozałatwiałam co miałam do pozałatwiania, umyłam okna, posprzątałam całe mieszkanie, poszłam na zakupy, ugotowałam obiad, zrobiłam porządek z kwiatami, podszyłam pościel, która czekała na to już chyba z miesiąc, wyprasowałam stertę rzeczy, pomalowałam paznokcie i co?
I przyszedł R. z pracy, zjadł obiad, wypił piwo, obejrzał odcinek serialu i poszedł na piwo z kolegami.
I tak to właśnie jest w związkach :) (mówię to pół żartem pół serio)

Lubię sobie coś pooglądać w trakcie prasowania. Włączyłam więc sobie rodzinka.pl. Tysięczny serial polski robiący ludziom wodę z mózgu. Pokażcie mi taki dom. Pewnie, że chciałabym żeby tak to właśnie wyglądało, ale umiem realnie podejść do sprawy. No niestety tak to nie jest. Zwłaszcza mamusia. Mamusia chodząca w obcasach, z zawsze pomalowanymi paznokciami i pełnym makijażu nawet w łóżku przed spaniem. Z jednej strony dobrze, że nie przedstawiają kobiety scharowanej, zniszczonej i zmęczonej życiem z czterema facetami pod jednym dachem. Ale z drugiej strony przegieli w drugą stronę.
W ogóle te wszystkie seriale mocno podkolorowane życie przedstawiają. I po co? Piękni ludzie, którze zawsze wyglądają tak samo, mają wszystko czego potrzebują, a ich problemy rozwiązują się szybciej niż się pojawiły.

Ech gdyby życie takie było naprawdę... :)

czwartek, 24 listopada 2011

131. Bulwersacja...

We wtorek, z okna naszej uczelni skoczyła dziewczyna. Samobójstwo. Powody nieznane.
Przychodzę na zajęcia, które w tym budynku się odbywają i co słyszę od ludzi? Dorosłych, inteligentnych ludzi?
"Ej..., a widzieliście już, gdzie to było?"
Albo: "ej, chodźcie, poskaczemy!!!"
Albo: "Najarała się i myślała, że poleci..."
Albo inne komentarze na równie "wysokim" poziomie.
Tragedia.
Jestem zbulwersowana i wkurzona na tych wszystkich ludzi co się zachowują jak dzieci i ludzką tragedię traktują jak rozrywkę.
To jest przyszłość naszego społeczeństwa?!

środa, 23 listopada 2011

130. Aaauuu...

Uwielbiam taki ból :) Nie żebym jakieś skłonności wykazywała do masochizmu czy innych tego typu rzeczy. Ja po prostu wróciłam z aerobicu. Wycisk był nie z tej ziemi. Czuję każdy mięsień, a właściwie póki co nie czuje żadnego - jutro za to nie ruszę ręką ani nogą.
Ale uwielbiam to uczucie. Naprawdę.
Poza tym jestem z siebie mega dumna, bo w przyszłym tygodniu skończy mi się karnet, a ja nie opuściłam żadnych zajęć. Po raz pierwszy wykorzystałam go całego. I nie ostatni. Dopiero zaczynam się rozkręcać.

Jutro muszę wstać raniuśko... Jak to jest, że jak muszę, to wstanę, ale jak nie muszę, ale chcę, bo dzień dłuższy, bo poranek w szlafroku z filiżanką kawy to jest to co uwielbiam, to nie umiem za cholerę wstać po pierwszym budziku? No jak to się dzieje? Można to jakoś może wyćwiczyć?

129.

Pewna osoba życzyła mi na te 25-te urodziny, żeby były one w moim życiu przełomem. Żebym przestała uciekać od świata, a zaczęła stawiać mu czoła.
Tak więc będzie!!!

piątek, 18 listopada 2011

128. Popołudnie w domowym zaciszu :)

Przy kawie z amaretto i piernikach. Mama upiekła już w zeszłym tygodniu. Doczekać się nie mogłam aż do domu przyjadę spróbować. No i jak co roku udały się rewelacyjnie. Pyszne są naprawdę. Miękkie, aromatyczne, niesamowite :) Co roku robimy je w domu wcześniej. Zaraz po wszystkich świętych zarobiliśmy ciasto no i proszę.
Nie byłam w domu dwa tygodnie. Śmieszne uczucie troche, bo złapałam się kilka razy, że szukam czegoś co mam w Poznaniu, a tu nie ma. Na przykład zapalnik do kuchenki. Tutaj jest iskiernik, a ja się uparłam, że chcę zapalnik i koniec :) A jaka zdziwiona byłam, że korków nie ma w mieście... Dopiero po chwili się zorientowałam, że to nie to miasto. Niesamowite jak się człowiek szybko przestawia. Za szybko chyba trochę.

Weekend czeka mnie pracujący. Projektów mam do zrobienia kilka. Ale to sama przyjemność, bo wczoraj dostałam od R. prezent urodzinowy (udało mi się go wyprosić wcześniej :)) w postaci deski kreślarskiej. Teraz to nic tylko usiąść i rysować.
Jutro przyjedzie R. i będziemy świętować urodziny moje i mojego brata. Mamy dzień po dniu :) Ja w niedzielę, on w poniedziałek. Na dodatek takie dość symboliczne, bo ja 25, a brat 21.
Heh... 25...

niedziela, 13 listopada 2011

127. Pierogowa porażka...

... chociaż wszystko szło bardzo dobrze, ciasto wyszło dobre, lepiło się jak lepić się powinno, farsz całkiem dobry, to niestety ja głupia kretynka doskonale wiedząc, że nie układa się pierogów jeden na drugim, bo się posklejają tak właśnie je poukładałam. Efektem końcowym był niesamowite zdenerwowanie żeby nie powiedzieć inaczej i tylko połowa pierogów (z 40 które zrobiłam uratowało się 20, a i tak wiele z nich jest zniekształconych mocno). No niestety...
Zupa z porów i ziemniaków ze słonecznikiem, grzankami i serem wyszła jednak pyszna :)
A w przyszłym tygodniu będę robić chruściki. Chociaż, teraz sobie myślę, że zostało dużo słodkiego po dzisiejszej współpracy z koleżanką więc może nie będą konieczne. No bo przecież ile można słodyczy jeść?

Koleżanka przyszła do mnie popołudniu robić projekt na zajęcia. Niestety nie udało nam się za dużo zrobić, bo tak to własnie wychodzi jak 3 grupy dzielą się na 9 i każda chce być najlepsza i mieć wszystko tylko dla siebie. Cóż... Wyścig szczurów? Czy innych gryzoni... a niech się żrą. Ja będę swoje robić i tyle.
Dzień minął przyjemnie mimo że przy pracy :) Dobrze w sumie, że N się pojawiła bo bym się pewnie za to nie wzięła sama. A tak, coś tam jednak mam zrobione.
A teraz wieczór z książką. R. źle się czuje więc nie będę go męczyć :) a mam super książkę, na którą czekałam od wakacji. Trzecia część Murakamiego :) Cieszę się jak małe dziecko.
Niedługo pewnie, bo jutro pobudka o 6.00 i do roboty. Wracam do chodzenia pieszo na uczelnię. Ruszać się muszę, bo zaniedbałam się bardzo. Ciasteczk tu, ciasteczko tam, a spodnie na dupę coraz ciężej wciągnąć.

sobota, 12 listopada 2011

126.

Piątkowy wieczór bez kryzysu :)
A dzień leniwy. Powolutku robiłam sobie co miałam do zrobienia i udało mi się zrealizować cały plan prawie. Dzisiaj natomiast to już się ostro biorę do pracy. Bo zaległości mnie gonią i niedługo chyba zjedzą :)
Pranie wstawione. R. biega z odkurzaczem, a ja się powoli zbieram na zakupy. Chciałam sobie coś na zimę kupić, bo w szafie tylko koszulki z krótkim rękawkiem i jakieś cienkie sweterki. Co prawda zaczęłam robić sobie na drutach, ale póki co mam ściągacz co za wiele mi nie da... I nie zapowiada się żebym szybko skończyła. Przy mojej organizacji czasu może się to okazać niemożliwe. Przynajmniej nie tej zimy...
W każdym razie wycieczka na zakupy dobrze mi zrobi myślę :) Poza tym mam do kupienia prezent dla brata na urodziny. Mam już coś na oku (siostra mi pomogła) tylko nie mogę się ostatecznie zdecydować.

Z koleżanką też się umawiałam, ale nie wiem co z tego wyjdzie. Same nie mamy jak się spotkać, a z naszymi mężczyznami to ja nie wiem czy chcemy. Ja bym z jednej strony bardzo chciała. A z drugiej się boję, że takie spotkanie może nie wypalić. I tu zaprzeczam sama sobie. Chciałabym żeby znajomi wpadali z wizytą, żeby kolacyjki jakieś robić albo nie wiem co tam jeszcze, a jak przychodzi co do czego to się martwię, że nie sprostam temu wyzwaniu. I chociaż wiem, że wystarczy być sobą, że nie trzeba stawać na rzęsach żeby ludzie dobrze się u nas czuli to jakoś się nie mogę przełamać. Blokada mi się w głowie zrobiła i koniec. Porażka...
Mam nadzieję, że minie...

No nic. Idę :)

piątek, 11 listopada 2011

125. I kolejny piątek...

Tym razem żaden kryzys nie przyszedł. I choć do wieczora jeszcze daleko to nie zapowiada się żeby przyszedł. Chcę spokojnie spędzić sobie weekend w towarzystwie R. I tylko R. na szczęście. Czekają mnie porządki i to spore. Ale też rzeczy miłe. Gotowanie :) Szycie, projekty...

W zeszłą sobotę pojechaliśmy z R do mojej babci, wujka i cioci. Wypadało już przedstawić narzeczonego reszcie rodzinie. W cigu tych trzech lat kiedy jesteśmy razem widzieli się tylko raz. To aż wstyd. Mimo, że jest jak jest. I muszę przyznać, że byłam bardzo mile zaskoczona. No dobra, może bez bardzo :) Było zupełnie nie tak jak sobie wyobrażałam. Wujek zabrał nas na wycieczkę objazdową :) Babcia pogadała, ciocia ugotowała obiad, upiekła rogale, a na koniec odwieźli nas do Poznania i sypnęli kasą.

Za tą kasę kupiliśmy sobie z R. odkurzacz i blender. Nasze pierwsze wspólne duże zakupy :) Odkurzacz spisuje się super - już wczoraj odkurzyliśmy - zaraz po odbiorze ze sklepu. A blender wypróbuję jak tylko skończę pisać, robiąc koktail bananowy do śniadanka :)

Emocji z wyjazdem żadnych. Już teraz, bo po powrocie do domu oczywiście były. Ale opadły i nie ma. I niech tak zostanie. Nie dam się nabrać po raz kolejny. Pewnie gdyby R. nie pojechał ze mną to nie było by tak miło. Ale on obcy, nie zna jeszcze sytuacji więc pokazują, że są mili... Eee szkoda gadać.

Coś mnie drapie w gardle. Mam nadzieję, że się od R. nie zaraziłam. Bo chodzi przeziębiony, smarka, kaszle i marudzi. Jak to chory facet :)
Wlałam w siebie właśnie pół litra herbaty z cytryną i miodem. Mam nadzieję, że się wykaraskam.
Zima przyszła. Muszę szybko kończyć szal i czapkę robić bo będzie ze mną krucho...
No to co... do roboty :)
Życzę Wam wszystkim pięknego, długiego weekendu i smacznych rogali marcińskich poznaniakom.
:)

piątek, 4 listopada 2011

124. Piątkowy wieczór...

... a ja siedzę sama w domu, w piżamie, oglądam mentalistę i zajadam się makaronem z serem czując się coraz gorzej sama ze sobą.
A jak mija Wasz piątkowy wieczór?

123. Ze słabościami należy walczyć...

Ja zaczęłam wczoraj. Dużo mnie to nerwów kosztowało, ale udało się. Miałam do załatwienia zaległą sprawę, którą odkładałam i odkładałam zupełnie nie potrzebnie, bo jak się okazało wcale nie była taka trudna do załatwienia. Ale im dłużej odkładałam wymyślając sobie kolejne argumenty, dla których mogę zrobić to później, tym gorzej było się za to zabrać. Udało się jednak i ciężar spadł mi z serca.

Zmobilizowałam się też w końcu żeby na aerobic się wybrać. I czas najwyższy, bo jak się w lustrze zobaczyłam to się załamałam. Zapuściłam się bardzo. Na wadze jest tylko dwa kilo więcej, ale nie wyglądam za dobrze. Chciałabym wrócić do czasów świetności (co było dawno, dawno temu) więc czeka mnie ciężka praca. I totalna zmiana nawyków żywieniowych. Ale dam radę. No bo czemu nie.

Weekend przede mną bardzo pracowity. Na dodatek chcemy z R. pojechać do mojej babci i wujka. Co jest pomysłem szalonym, bo nie przepadamy za sobą. No ale wypada. I choć wiem, że jest to najsłabszy argument jaki można sobie wymyślić, to jednak jedyny żeby się tam wybrać. A może nie będzie tak źle?
Zobaczymy...
Poza tym przede mną zakupy - jadę kupić odkurzacz i pare rzeczy do domu. Dywaniki do łazienki mi się marzą, ale póki mój współlokator ma głęboko gdzieś porządek jakikolwiek to może się wstrzymam, po co ma mi je zniszczyć.
I chciałam też poszaleć kulinarnie. Mnóstwo ciekawych przepisów sobie wyszukałam i teraz czekam na okazję żeby je wypróbować. Na pierwszy ogień idzie makaron z dynią i serem :) Dziś na obiad... Mmm już się doczekać nie mogę.

poniedziałek, 31 października 2011

122.

Czy to bardzo dziwne jest, że w dzień wolny lubię sobie wcześnie wstać?
Na przykład dzisiaj. Obudziłam się już o 6.00 ale zmusiłam się żeby poleżeć w łóżku do 7.00. Dłużej już nie dałam rady. A teraz jest dopiero 9.30 a ja mam wrażenie jakby już połowa dnia mijała. Pare rzeczy mam już zrobionych, a przed sobą jeszcze wiele. Do tego dużo czasu :) Cieszy mnie to bardzo.

Weekend minął w zasadzie miło. Aczkolwiek momentami był męczący. Są ludzie, którzy potrafią zagłaskać na śmierć. Są przesadnie mili i gościnni. Wszystko zrobią żeby ich goście czuli się dobrze. A jak już czują się dobrze, to zrobią więcej żeby czuli się jeszcze lepiej. A jak jest im lepiej, to oni jeszcze bardziej się starają żeby było jeszcze lepiej. Dochodzi do momentu, w którym już lepiej być nie może, ale musi, bo oni chcą żeby było i wszystko się psuje. Goście są przytłoczeni gościnnością i zaczynają czuć się źle, a gospodarz jest zrezygnowany, bo goście nie czują się dobrze. Tak właśnie zachowuje się czasem R. siostra. Co mnie często denerwuje. I to też miało miejsce w ten weekend. Mieliśmy u niej spędzić dzień, a wieczorem pojechać do R. rodziców. Plany uległy jednak zmianie i zostaliśmy na noc. To jeszcze było ok. Ale następnego dnia udało jej się przedobrzyć. I to bardzo szybko. Pojechaliśmy do kościoła, potem do rodziców i jakoś rozeszło się po kościach. Na szczęście.
No nie lubię czegoś takiego. Tak jak nie lubię jak ktoś narzuca mi swoje zdanie. I tu wychodzą różnice w naszym wychowaniu. R i jego siostra uważają, że niezależnie od sytuacji zawsze trzeba się dostosować i robić dobrą minę do złej gry. A ja uważam, że nie musi tak być. Jeśli coś mi się nie podoba albo nie pasuje to o tym mówię. Nie zmuszam się do rzeczy, na które nie mam ochoty. Na szczęście R. trochę zaczyna się uwalniać z takiego poczucia.

W każdym razie weekend trwa. A ja się nim rozkoszuję słuchając muzyki, pijąc kawę i odpoczywając.

sobota, 29 października 2011

121. Nareszcie...!!!

Na taki weekendowo-blogowy poranek czekam już od dawna. Udało się nareszcie :)
Szlafrok, kawka, (i skrzypiące chyba od dźwigania ciężaru R. krzesło w kuchni) i cisza :) Chwilowa niestety tylko. Ale zawsze...

... i w zasadzie nie wiem o czym w tej ciszy napisać. Mogłabym jak zawsze pomarudzić. Ale to już nawet mnie znudziło. Poza tym, oprócz zimna na dworze, krótkich dni i ciągłego braku czasu, co jest wynikiem mojego niezorganizowania, nie mam na co narzekać.

Na uczelni wszystko układa się bardzo dobrze. Przeniesienie do innej grupy było zdecydowanie jednym z najlepszych moich pomysłów :) Okazuje się, że jednak nie wszyscy są negatywnie nastawieni do świata, nie wszyscy budują toksyczne związki pomiędzy sobą i nie wszyscy się nawzajem obgadują za plecami. A to dobrze, bo zaczynałam tracić wiarę w ludzi ...
Hehe... no właśnie. Dostałam zaproszenie na imprezę urodzinową do koleżanki z grupy. Skończyła właśnie 21 lat :) i o niczym innym nie mówi jak o emeryturze, wnukach i domach starców. A ja co mam powiedzieć? Za chwilę mam 25!!!
Zastanawiam się czy na tą imprezę iść. Jakoś tak nie do końca swobodnie się z nimi czuję. Zdaję sobie sprawę, że oni pewnie też. Tylko, że to ja jestem nową osobą wchodzącą w grono znajomych. Oni się już znają od I roku. A ja dołączyłam dopiero teraz, na III. Przyjęli mnie bardzo dobrze, ale ja zawsze mam problemy z nowymi ludźmi. Co przypuszczalnie jest absurdalne, bo jak widać - nie powinnam. Więc chyba pójdę... Już któryś raz mnie gdzieś tam zapraszają. Grożą nawet, że jak się nie pojawię to zostanę wykluczona z grona zapraszanych...
To wszystko w ogóle dla mnie trochę śmieszne jest. Ja - 25 letnia kobieta po przejściach życiowych zadająca się z 4 lata młodszymi dziewczynami o zupełnie innym podejściu do życia. Hmm... Ale mi dobrze w takim układzie. Powinnam się tym martwić?

Co tam jeszcze... Współlokator... Śniło mi się ostatnio, że próbuję z nim porozmawiać a on wyzywa mnie i moją siostrę od grubych świń i innych takich. Chciałam mu przywalić, ale się obudziłam. Myślę, że to znak. Czas skończyć gadanie o rozmowie i naprawdę z nim porozmawiać. Atmosfera w mieszkaniu dziwna. A po co mi to :) Tylko się boję, że nie opanuję się na tyle żeby to była spokojna rozmowa. Za dużo się we mnie zebrało. A z drugiej strony, do cholery jasnej, jesteśmy dorosłymi osobami, które mogą sobie powiedzieć co mają do powiedzenia.

I tu też pojawia się kolejny mój problem, który u siebie zauważyłam. Ja za bardzo chcę być miła dla wszystkich dookoła. Nie chcę nikogo zawieść, nie chcę odmówić, często kosztem swoim. Albo R. Zwłaszcza w relacjach z moją najbliższą rodziną.
Jesteśmy za bardzo zżyci z moim rodzeństwem. Absurd. Ale tak jest. Był taki okres gdzie tego potrzebowaliśmy, ale teraz (8 lat później) czas najwyższy się rozejść. Co nie znaczy przecież, że mamy zerwać ze sobą kontakt całkowicie. Ograniczyć trochę... Niestety jest to nie możliwe. Wszyscy wszystko chcą wiedzieć, skomentować, poradzić, co nie zawsze jest dobre przecież...
Na przykład  sytuacja z moją siostrą. Najpierw mnie wkurzyła, potem rozśmieszyła. Bo w takiej skali to jeszcze jest nieszkodliwe, ale to się nasila.
Rozmawiamy przez telefon:
siostra: Słuchaj, a Ty przyjeżdżasz na weekend sama czy z R.?
ja: Jeszcze nie wiem. Może z R., bo przejechalibyśmy się obejrzeć sale na wesele w sobotę.
siostra (bardzo przejęta):  Aha... ale w sobote... ja się z koleżanką umówiłam przed południem i na obiad i nie będę mogła jechać. No ale dobra, to najwyżej ja nie pojadę...
ja: no najwyżej nie pojedziesz...
zmiana tematu.
Przecież nikt jej nie prosił o to żeby jechała. Zresztą nawet do głowy mi nie przyszło żeby ją poprosić. Chciałam z R. pojechać sama. A dla niej oczywiste było, że jedziemy wszyscy, ja, R., ona, brat i mama najlepiej tylko, że ona gdzieś jechała. I w porządku, bo zaczęłam się z tego śmiać, bo brzmiało to uroczo bardzo. Tylko, że to się rozwija.
I najgorsze, że każda próba odejśćia trochę od rodzeństwa, zwiększenie dystansu kończy się nie zbyt dobrze. Wszyscy myślą, że coś się dzieje i próbuję to ukryć, albo słyszę, że nie włączam się w ogóle w życie rodzinne, tylko siedzę z R., a nie powinno tak być.
A ja właśnie uważam, że powinno. Bo to R. będzie teraz moją rodziną. Oni też oczywiście, ale trochę dalej. I nie będę za to przepraszać.

A teraz (rozpisałam się trochę, ale lepiej mi jak to z siebie wyrzuciłam) zbieram się, bo jedziemy do R., siostry, a potem rodziców. Weekend w drodze więc spędzam, ale nawet mi to jakoś bardzo nie przeszkadza. W domu i tak za dużo nie robię jak już spędzam tam weekend, więc podróże dobrze mi zrobią :)

Miłego długiego weekendu!!!

środa, 19 października 2011

120.

Brak organizacji... Ale nie będę o tym pisać, bo marudzenie w moim wykonaniu już jest nudne. Dużo zajęć mam, ale kto nie ma. Mało czasu mam, ale kto ma więcej. Zmęczona jestem często, ale kto nie jest. Więc nie narzekam.
(... to o czym tu pisać?) :)

Kawowo-blogowy poranek :) Cudownie. Zajęcia mam dopiero na 11.30 więc mogę się jeszcze poobijać trochę w łóżku. Lubię to bardzo - jak już wiele razy mówiłam zresztą.
Właśnie... szukam ładnych filiżanek. R. oczywiście wybija mi to z głowy. Bo po co mi to, przecież nie są potrzebne, szkoda pieniędzy itd.,itp. A mi się marzą. Tylko właśnie nie wiem jakie...
Odpada Ikea, bo nie chce mi się jechać, poza tym są oklepane i wszyscy już takie mają. Ale w innych sklepach jeszcze na nic ładnego nie trafiłam. Szukam więc...
Aaa... a mówiłam już, że zaczęłam sezon druciany? :) Robię sobie komin na drutach. Do płaszcza jesiennego miał być, ale pogoda robi się na płaszcz zimowy więc będzie do zimowego :)
I może wystarczy blubrania...

Miłego dnia :)

poniedziałek, 17 października 2011

119. Trzy lata, wycieczka i malowanie paznokci :)

Jakieś dziwne pozytywne podejście do życia mam dziś :)

Wczoraj minęły nam trzy wspólne lata z R. Trzy najwpanialsze lata mojego życia. Najszczęśliwsze i najpiękniejsze. Mam nadzieję, że będzie ich dużo więcej :) Z nikim nie czułam  się tak dobrze jak z R. Bezpiecznie bardzo. Jestem pewna, że jestem we właściwym miejscu, we właściwym czasie i z właściwą osobą. I bardzo chciałabym żeby to uczucie trwało już zawsze.

Wybraliśmy się na wycieczkę. W termosie mieliśmy herbatę z rumem. W plecaku kanapki, wafelki, ciastka z rodzynkami, jabłka, banany... Wszystko co potrzebne na wycieczce. Wsiedliśmy do autobusu i pojechaliśmy do Rogalinka. Spędziłam tam bardzo dużo swojego dzieciństwa. Mam wiele wspomnień z tym miejscem związanych, choć od dawna już tam nie jeździmy. Wymyśliliśmy sobie, że wyjazd za miasto będzie dobrym pomysłem na spędzenie naszego dnia. Nie chcieliśmy siedzieć w mieście. Ile można oglądać filmy? Albo chodzić po Starym Rynku?
Piękna była nasza wycieczka. Wysiedliśmy w Rogalinku. Pokazałam R. wieś. Miejsce gdzie mieszkała babcia z wujkiem, kościół, rzekę... Potem, poszliśmy ścieżką rowerową przez łąki do Rogalina. Jak się okazało na miejscu R. jeszcze nigdy nie był w pałacu Raczyńskich w związku z czym, choć szału niestety nie robi, zwiedziliśmy pałac. Robiliśmy sobie przerwy na ławeczkach grzejąc się w słońcu (i jedząc zapasy, których starczyło by dla całej armii :)). Wróciliśmy potem do Rogalinka skąd autobusem przyjechaliśmy z powrotem do Poznania.
Świeże powietrze nas zabiło. I ruch, którego za dużo nie mamy ostatnio nie licząc wędrówek na uczelnię.Poszłam spać przed 22.00 i spałam jak dziecko. Choć dziś rano bardzo bolał mnie kręgosłup. Zastanawiam się czemu? Może od spaceru... W każdym razie ten dzień bardzo się udał. Tak myślę przynajmniej.
Kilka zdjęć poniżej:














A dziś pozytywnie nastawiam się na przyszły tydzień. Miałam iść na aerobic, ale nie chce mi się trochę. Obiecuję jednak, że odrobię w tym tygodniu swój zamiar. Pójdę jutro i w środę albo w czwartek. A w przyszłym tygodniu kupuję karnet (jak tylko na konto wpłyną pieniądze). Tymczasem uczę się o pomidorach i maluję paznokcie :) A co...
Milego tygodnia :)

sobota, 15 października 2011

118. ...

Przed chwilą w kuchni przy zmywaniu poobiednim i robieniu kawy popołudniowo-wieczornej układałam sobie w głowie mniej więcej co chcę tu napisać.
Miało być radośnie, ładnie i lekko. Jutro mijają nam 3 wspólne lata z R. Trzy najwspanialsze lata mojego życia. Najszczęśliwsze. Najtrudniejsze chyba też. Ale piękne...
Miało być też o wycieczce, którą zaplanowaliśmy sobie na jutro. Chcemy się wybrać za miasto. Do Rogalina i Rogalinka. Miejsce piękne, wspomnień dużo, bo kiedyś bywałam tam bardzo często - wujek był tam księdzem swego czasu. Chcemy wykorzystać pogodę i spędzić wspólnie dzień z dala od wszystkiego.
Miało być o wspólnym sprzataniu, które mnie cieszy jakby to było niewiadomo co...

... ale zadzwoniła siostra. Mama wczoraj wróciła z tygodniowego urlopu w Hiszpani. Dzis pojechała odwiedzić babcię, która jest na turnusie rehabilitacyjnym po operacji biodra (jak zawsze niezadowolona). Po wizycie mama zadzwoniła do swojego brata (z którym nie rozmawiają od ładnych paru lat, bo się chłop dumą uniósł) co by ustalić jak dalej będzie wyglądała opieka nad babcią (bo niestety babcia tego wymaga, nie 24 godz na dobe, ale dużo będzie do zrobienia). Jak to się skończyło? Krzykami, rzucaniem słuchawką i palącym papierosy z nerwów młodszym bratem. Mój dobry humor i uśmiech zostały trochę przyćmione.
Tak to właśnie jest z rodziną...

czwartek, 13 października 2011

117. ZALEGŁOŚCI!!!

Jedne poganiają drugie. Zamiast się zmniejszać, raczej się powiększają. Zwłaszcza te blogowe - niestety. Nie mam czasu. Albo nie umiem sobie go zorganizować. Zajęcia od rana do wieczora. Wychodzę z domu o 7.00 i wracam o 19.00 albo 20.00. Żebym jeszcze jakieś okienka miała wielkie, ale nie. Najwyżej godzinka, maks dwie. A w domu? Współlokator, który się wprowadził i mieszkanie nasze traktuje jak hotel, za który płaci więc wymaga. No i R. z ciągle chorym i unieruchomionym barkiem za dużo pomóc mi nie może. Muszę więc wszystko jakoś ogarnąć, robi się późno i padam na pysk. A gdzie czas dla siebie? Przyjemności jakieś? No średnio. Chyba, że kroplówkę z kofeiną będę przy sobie nosić. Albo jakieś inne dopalacze, co by mi się oczy o 22.30 nie zamykały.

Może macie jakieś sprawdzone na to sposoby? Byle skuteczne...


Wiele razy się za pisanie zabierałam. W telefonie mam mnóstwo notatek do wstawienia na bloga. Niestety jak już się w końcu dorwałam do komputera i mam względnie święty spokój (mam okienko między zajęciami właśnie) to po przeczytaniu tych notatek okazało się, że wiele z nich nie ma już takiego sensu jaki miały wcześniej i jednak nie będę ich tu wrzucać. Czego żałuję, ale co zrobić?
Mam nadzieję, że uda mi się dzisiejszy wieczór spędzić z kubkiem kakao i blogami. Bo tęsknię za tym bardzo.

wtorek, 4 października 2011

116. Kolejny tydzień

Chciałam zacząć tydzień od przyjemności. Dlatego wczoraj rano poszłam na umówioną wcześniej wizytę u fryzjera wykupioną przez groupona. Nigdy wcześniej tam nie byłam. Nie wiedziałam do kogo idę, ani co będę tam robić. W  ofercie groupona zawarte było farbowanie, regeneracja, stylizacja i strzyżenie. Całość kosztowała 69 zł zamiast 170 zł. Skusiłam się ze względu na farbowanie. I to faktycznie wyszło całkiem dobrze. Reszta... No średnio. Zestresowana młoda dziewczyna, która w ramach stylizacji podcięła mi końcówki. Na dodatek średnio dobrze. Na dodatek nie ułożyła włosów, ledwie je wysuszyła... no nie podobało mi się to wszystko. Na dodatek nie umiałam jej powiedzieć, że nie jestem jakoś bardzo zadowolona. Nie chciałam sprawiać jej przykrości. Ale nie poszło jej za dobrze i raczej nie wrócę już do niej.
Po wszystkim poszłam jeszcze do kosmetyczki zrobić sobie brwi. Tam przemiła pani mówiła do mnie skarbie co wkurzyło mnie już na samym początku. Ale potraktowałam to jako zabawę i w sumie tydzień zaczął się naprawdę synpatycznie.

Jednak początek początkiem. Co dalej? Dalej pojawiło się moje rodzeństwo z zachcianką wyjazdu do D. siostry R., która zapraszała nas wszystkich już wielokrotnie. Oni jakoś nigdy nie mieli ochoty więc nie jechaliśmy. Zazwyczaj tylko dlatego że im się nie chciało. Tym razem mi się nie chce. Cztery ostatnie weekendy latałam tam i z powrotem z Poznania do domu, z domu do Poznania bo ciągle było coś do zrobienia. Weekendy, które oboje mamy z R. wolne spędzaliśmy osobno, bo ja miałam coś do zrobienia w domu - a to babcia, a to rodzeństwo. Po prostu nie chce mi się jechać do D. zwłaszcza, że widziałyśmy się w ten weekend. Niestety mój argument, że mi się nie chce i chcę spędzić trochę czasu z R. w ogóle nie przekonuje mojego rodzeństwa przez co teraz są na mnie obrażeni. Ja jednak postanowiłam być twarda w tej kwestii i postawić na swoim tym razem. Mogą przecież jechać sami. Chociaż jest mi przykro, że tak to się wszystko układa. Jak oni nie mają ochoty na coś, to wszystko jest ok. Nie muszą się wysilać i nic robić. Jak ja nie mam to już jest gorzej. Bo przecież powinnam się dostosować.
Oj nie. Nie dam się :)

I nie dam sobie zepsuć tygodnia. To będzie dobry tydzień.
Czego i Wam życzę :)

środa, 28 września 2011

115. Trzy światy i budyń z malinami...

Ale się porobiło. W sobotę R. spadł z drabiny i zwichnął sobie bark, który i tak miał uszkodzony wcześniejszym urazem. Co prawda wystawiony bark w czasie robienia rtg wstawił się z powrotem, ale ręka jest unieruchomiona. Biedny musi nosić kamizelkę ortopedyczną przez 6 tygodni (minęły dwa dni).
Ja z kolei jestem przeziębiona. Cały weekend przesiedziałam w domu z kocem lub kołdrą i grzanym piwem. Niestety nie przeszło i męczę się z tym nadal. Każdą wolną chwilę spędzam w łózku. Szkoda tylko, że mam ich tak mało. Na dodatek zaraziłam R. i teraz w łóżku siedzimy razem :) zajadając się budyniem z malinami. Mmm... pyszny, nie da się ukryć. Trzeba sobie umilać jakoś te ciężkie chwile.

Przyjechał mój współlokator. Jest od niedzieli wieczora i jeszcze nie udało nam się porozmawiać. Śmieszy mnie trochę cała sytuacja, bo Ł. jest tak zestresowany, że na uczelnię, na którą ma dwa kroki dosłownie, wychodzi już o 6.30, choć zajęcia zaczyna najwcześniej o 8.00. Wraca dosyć późno i siedzi zamknięty w pokoju. Nie korzysta z kuchni, z łazienki tylko jak już naprawdę musi. Żadnej herbaty, kawy, jedzenia, nawet chyba z prysznica nie wiadomo czemu nie korzysta... Dziwne.
Jedyny kontakt między nami ograniczył się do prośby o hasło do internetu i pytania o ogrzewanie. Nic więcej.
Czekam aż wyjdzie ze swojego dzikiego świata i będzie umiał poważnie porozmawiać jak na dorosłego faceta przystało. Obawiam się jednak, że może do tego nie dojść.
Bawi mnie ta sytuacja naprawdę.

Na uczelni bardzo fajnie. Zamiana grup bardzo dobrze mi zrobiła. Człowiek jest jednak stworzeniem stadnym. Ja na pewno. Po wakacjach spędzonych raczej w odosobnieniu od ludzi, kontakt z innymi jest dla mnie teraz bardzo ważny.
Mobilizuję się znów do pracy listami zadań do zrobienia. Mam teraz bardzo dużo na głowie, bo R. z niesprawną ręką niewiele może. Wszystko muszę robić sama. Tak więc taka lista jest dla mnie zbawienna. Wczoraj udało mi się wykonać zdecydowaną większość (no raczej, że nie wszystkie... ) z czego jestem zadowolona. Jakie to proste :)

Miłego dnia!!!

sobota, 24 września 2011

114. Za szybko...

Zdecydowanie za szybko mijają mi dni. Jest poniedziałek, a potem od razu robi się piątek. Pojęcia nie mam jak to się dzieje. Tydzień przeleciał mi trochę przez palce. Ale nie narzekam. Bo mi tego, że nie udało mi się zrealizować wszystkiego co sobie zaplanowałam, to zdarzyło się wiele dobrych rzeczy, z których bardzo się cieszę. Poza tym to pierwszy tydzień zajęć i wszystkiego w zasadzie więc myślę, że w pewnym sensie jestem usprawiedliwiona :)

Na uczelni bardzo dobrze. Zmieniłam grupę ćwiczeniową, bo mają lepszy plan i dzięki temu udałoby mi się jeszcze trochę popracować. I ludzie też są zupełnie inni. Dziewczyny pytały mnie dlaczego się zamieniłam, a potem pytały dlaczego tak późńo to zrobiłam. Moja poprzednia grupa faktycznie nie była jakaś super, ale że ma taką a nie inną opinię to sobie nie zdawałam sprawy.
Myślałąm, że nie przywiązuję zbyt dużej wagi do tego z kim jestem w grupie. Przecież i tak tylko przychodzę i wychodzę. Ale jednak to ma duże znaczenie. Zupełnie inaczej czuję się teraz. Mam z kim pogadać i nie jest to rąbanie dupy innym, ani pierdoły o dupie maryni. Do wszystkiego trzeba widocznie dorosnąć.

Weekend spędzam w domu znowu. Ostatnio nasze plany nie wypaliły w ogóle. W tym tygodniu też średnio. Mama u babci męczy się cały czas. Na szczęście dziś rano napisała, że wraca do domu i nie będzie już tam spać. Z siostrą i bratem mieliśmy wczoraj zrobić sobie noc filmową, ale nie wyszło bo G. chciała iść do domu jednak. Teoretycznie przełożyliśmy to na dzisaj, ale nie jestem pewna czy coś z tego wyjdzie. W planach mam jeszcze zakupy z mamą i kurację przeziębienia, które mnie dopadło nie wiadomo kiedy. Projekt do zrobienia, notatki do uporządkowania i plan na przyszły tydzień do zrobienia.
I ze wszystkim dam sobie radę, a co :)

środa, 21 września 2011

113.

Eee... nie podoba mi się co wczoraj napisałam. Zmęczona byłam chyba albo coś.
Nigdy nie będzie tak jak mi się marzy.
Trzeba cieszyć się tym co jest.

Więc ja bardzo cieszę się, że za oknem świeci słońce. Że na kawkę idę do koleżanki. I że spędzę sobie dziś miły wieczór z R. :)

Miłego dnia!
:)

wtorek, 20 września 2011

112.

Wstaję codziennie o 6.00 (no dobra - 6.15). Wychodzę z domu parę minut po 7.00. Wracam o 18.00 albo później. Miałam w planach aerobic dwa razy w tygodniu ale na razie nie mam na to siły. Może od przyszłego tygodnia?
Chciałam upiec ciastka do kawy na jutro, bo do koleżanki idę, ale jedną blachę spaliłam, a druga się niedopiekła.

To nie jest mój szczęśliwy dzień.
Aczkolwiek nie narzekam.
Póki co.
Nie wygląda to jednak tak jak sobie to wymyśliłam.
Ułoży się. Prawda?

sobota, 17 września 2011

111. Home alone.

Na taki dzień czekałam już jakiś czas. Spędzam go sama, jak chcę.
Przyjechałam na weekend do domu. Wczoraj mieliśmy rodzinną terapię (wróciliśmy na nią znów - wczoraj pierwsze spotkanie od dawna) więc musiałam przyjechać, ale myślę, że gdyby nie to, to pewnie i tak bym tu przyjechała. To mój ostatni weekend wakacji :) Od poniedziałku na uczelnię. Planuję w tym roku jakoś bardziej zintegrować się z ludźmi. R. niedawno mi powiedział, że zbyt często z góry nastawiam się przeciwko innym i z góry zakładam, że nic nie wyjdzie ze znajomości z tym czy z tamtym i że powinnam dać szansę ludziom. Postanawiam więc wykorzystać tę radę. Jest w tym pewnie trochę racji. Nie liczę na wielkie przyjaźnie, ale na ludzi otworzyć się trzeba. Poza tym chcę. Moje grono znajomych jest ostatnio coraz mniejsze. Ludzie zaczynają parować.

W planach mam też więcej wyjść i rozwój kulturalny :) Jakkolwiek śmiesznie to brzmi. (nawet uśmiechnęłam się pisząc to). Musimy ruszyć się z domu, a nie spędzać każdy wieczór tak samo - oglądając filmy w łóżku i zasypiając w połowie. Nawet zaczęliśmy. Byliśmy w środę w muzie na przedpremierze nowego filmu Almodovara: Skóra w której żyję. Polecam. Naprawdę warto ten film zobaczyć. Ja do znawców kina nie należę, ale powiem, że film robi niesamowite wrażenie. Almodovar bawi się widzami. Zrobił film, który wydaje się być przewidywalny. Oglądasz go i masz wrażenie, że już wszystko jest jasne, a tu nagle wszystko zmienia się o 360 stopni. Nic nie jest tak jak się na początku wydawało, a sytuacja, w której się znajdujesz zaskakuje tak, że otwierasz szeroko usta ze zdziwienia i bez powodzenia szukasz słów, z których sklecisz chociaż jedno sensowne zdanie na ten temat. Przynajmniej ja tak czułam się w kinie.
Może to też trochę magia samego kina. Dużo się zmieniło odkąd byłam tam ostatni raz. Kawiarnia, pomalowana sala, tłum ludzi. Na szczęście nie zmienił się sam klimat tego miejsca. A jest niesamowity i przyzna mi to chyba każdy, kto w Muzie kiedyś był.  Postanowiliśmy się tam z R. wybierać częściej. Na przykład na Nieprzyzwoicie Tanie Czwartki. Wyświetlają filmy za 5 zł :) Nie nadszarpnie to zbytnio naszego budżetu, a na pewno oderwie trochę od szarej codzienności. Czego nam trzeba.

W Musie stało się coś jeszcze. Coś we mnie drgnęło. Stałam tam pośród kolorowych oryginalnych ludzi, w swoim starym, szarym swetrze i uświadomiłam sobie, że bardzo się ostatnio zapuściłam. Stare ciuchy, adidasy, makijaż szczątkowy i jakaś taka smutna jestem ostatnio. Szara. Nie chcę taka być. Biorę się więc za siebie. W poniedziałek kupuję karnet na aerobic, robię gruntowne prządki w szafie, uśmiecham się i będzie lepiej.
Przez te wakacje zrobiłam się zwykłą, brzydką kurą domową. I tak jak bardzo polubiłam gotowanie i zajmowanie się domem, tak nie za bardzo podoba mi się co widzę w lustrze. Na dodatek gadam tak jakbym miała trójkę dzieci, tonę prania i prasowania i męża alkoholika co to wraca z pracy i awanturuje się jak nie ma obiadu. Tragedia...

Od poniedziałku będę poznańską rowerzystką :) Zabieram z domu swój rower i będę sobie nim jeździć na zajęcia. Nie jest pierwszej świeżości. Na dodatek wymaga małego remontu, chociażby malowania. Dawno, dawno temu brat chciał mi zrobić niespodziankę i pomalował mi rower na czerwono. Bo ja zawsze chciałam taki mieć. Czerwony rower z koszyczkiem. Efekt jest jaki jest. Pomalowane było pół piwnicy, buty brata i rower nie we wszystkich miejscach, ale przecież liczy się gest. :) Nie będę się tym przejmować póki co. Znalazłam w internecie, że można oddać go do malowania piaskowego do jakiegoś zakładu i że nie kosztuje to dużo. Musze tylko znaleźć odpowiednie miejsce w Poznaniu. Póki co pojazd wygląda tak:


 Najważniejsze, że jeździ. W przeciwieństwie do środków transportu miejskiego w Poznaniu. Nie mogę zrozumieć jak można zamknąć dwa największe skrzyżowania w mieście na rok albo i dłużej. Porażka.

Wracając jednak do planów na dziś. Siedzę sama w domu, bo brat z siostrą pojechali do Wrocławia, a mama jest u babci. Pomyślałam więc, że nadrobię zaległości hand made :) W planach koszyczki z papierowej wikliny i broszki kwiatowe o takie na przykład:
 Potem zakupy z mamą, obiad u babci, popołudnie z wysokimi obcasami i wieczór u siostry.
Podoba mi się taki weekend.
A Wy co macie w planach?
Miłej soboty!!!

piątek, 16 września 2011

110.

Oficjalnie otwieram sezon na herbatę z cytryną i miodem. :)

środa, 14 września 2011

109. Koniec rumakowania ...

Kończą mi się wakacje, a ja nie zrobiłam w ich trakcie nic konstruktywnego. Nic kompletnie. Obijałam się przez całe dwa i pół miesiąca. Z przerwą na egzaminy, bo wtedy się uczyłam. Choć z poprawki widać, że jednak nie wystarczająco.
A teraz... od poniedziałku zaczynają mi się zajęcia. Dziś już do mieszkania przyjeżdża nasz współlokator. Co prawda pisał, że tylko na chwilę wpadnie, ale ta chwila zbliża się nieubłaganie. A ja oczywiście żałuję, że nie wykorzystałam tego czasu, który miałam i teraz w te kilka ostatnich dni chcę nadrobić całe dwa miesiące.
Zawsze tak mam... Dlaczego? (to pytanie retoryczne; dobrze wiem dlaczego - bo nie umiem się zorganizować i cieszyć tym co mam w życiu tylko ciągle chcę nie wiadomo czego)

W ogóle to czeka nas poważna rozmowa z naszym współlokatorem. Boję się trochę, że R. zostawi mnie z nią samą czego bym nie chciała. A trzeba chłopakowi wygarnąć bo już przy przeprowadzce ze starego mieszkania zachował się strasznie, o tym mieszkaniu nie wspomnę. Palcem nie kiwnął żeby pomóc nam w remontach większych czy mniejszych. Nie zainteresował się czy trzeba w czymś pomóc. O finansach nie wspomnę. Przecież wszystko robi się samo i jest za darmo. Porażka totalna. Skąd tacy ludzie się biorą to ja nie wiem. Mam nadzieję, że się trochę chociaż przez wakacje ogarnął. Albo chociaż, że zdaje sobie sprawę z tego, że zachował się skandalicznie.
Chociaż nadzieja matką głupich jak mówią...

Jutro idę na wizytę do swojego ortopedy. Dostałam pismo, że mam się stawić na wizytę kwalifikacyjną do leczenia na oddziale czyli na operację wyciągania prętów z kręgosłupa. Wszystko ładnie, pięknie, bo czekam już drugi rok. Tylko oczywiście w ogóle nie pasuje mi teraz termin. Zaczyna się kolejny rok akademicki, a ja sobie nie mogę pozwolić na żadne poślizgi znowu. Idę więc dowiedzieć się co i jak, a potem na tą kwalifikację i się wyjaśni co i jak. Chciałabym żeby się udało jakiś termin na maj albo czerwiec wyznaczyć. Bo to wakacje już będą i jest też szansa że wydobrzeję do wesela na wrzesień czy październik. Wszystko się jakoś tak dziwnie komplikuje.
Przyjaciółka moja w piątek idzie do szpitala. Jakiegoś guza w piersi jej wykryli, a ponieważ mama jej chorowała na nowotwór piersi, babcia też, to jest w grupie ryzyka. Lekarze do końca nie wiedzą co to jest nawet po biopsji. Biedna... Mam nadzieję, że mimo wszystko, wszystko będzie w porządku.

A teraz biorę się do pracy. Mniejszej czy większej.
Miłego dnia :)

niedziela, 11 września 2011

108. Roczek, teściowa, traktor i Adamek

Dobrze, że wczorajszy dzień mam już za sobą i że dziś jest niedziela i nie muszę nic konkretnego robić. Chociaż powodów do narzekań też nie mam wielkich.
Ale po kolei.
Brat przyjechał do mnie w czwartek. Miał w planach  u nas jedną noc i drugą ze znajomymi u koleżanki. Niestety plany mu się zmieniły i został u nas do soboty. Niestety dla niego, bo ja bardzo się cieszę, że przyjechał i został dłużej. W naszym mieszkaniu życie toczy się bardzo leniwie i powoli z R. zaczynamy się tym nudzić. Myślimy nad jakimś aktywnym sposobem spędzania wolnego czasu ale póki co idzie nam średnio. Nawet nie tyle z pomysłami co z mobilizacją. Dlatego towarzystwo kogoś z zewnątrz bardzo dobrze nam robi.
W każdym razie... wybraliśmy się do poznańskiej palmiarni, na Cytadelę i standardowo do Starego Browaru gdzie zmęczyliśmy się najbardziej, choć nie weszliśmy do żadnego sklepu.
W piątek Brodka. Koncert mi się podobał. Bez szału jakiegoś i wielkich rewelacji, ale bardzo było sympatycznie.  Potem jeszcze piwko i do domu.
No i jesteśmy przy sobocie. R. miał umówić się ze swoimi rodzicami żeby zabrali nas po drodze na roczek do bratanka R. Troszkę to nie wyszło jak miało. Musieli na nas czekać, a potem trochę zmienić trasę, bo poznańskie remonty niesamowicie utrudniają poruszanie się po mieście. Udało nam się w końcu spotkać i jechaliśmy do Konina. W samochodzie cztery osoby i wielki traktor na pedały jako prezent dla malucha. Nie wiadomo kto bardziej się ucieszył na prezent, dziadek, tata, czy dziecko, ale radość była wielka.
Na miejscu pełno gości, stół pełen jedzenia, wino i dzieciaki. Wychowywane bezstresowo w związku z czym hałas niesamowity. Na szczęście przeżyliśmy.
Teściowe (przyszli)  przywieźli nas z powrotem do Poznania. Weszli obejrzeć nowe mieszkanie i widać było że im się podoba. Na co ja odetchnęłam z ulgą :) Mama R. uważa, że ja się jej boję. A to nieprawda. Tylko nie wiem jak jej to udowodnić.
Wieczorem prysznic, piwko i Adamek. Biedny... Trzymał się dzielnie przez całą walkę i szkoda trochę, że mu się nie powiodło.

A dziś błogie lenistwo. Śniadanie do łóżka R. przygotował, gazetkę sobotnią wyborczą kupił, owoców dostaliśmy dużo od rodziców i wszystko było pyszne. I teraz choć trochę mi wstyd się przyznać siedzę w szlafroku w łóżku, popijam kawkę i nie mam zamiaru tak szybko z niego wychodzić :)

czwartek, 8 września 2011

107. much, much better...

Oj tak. Dziś jest zdecydowanie lepiej.
Wyspałam się, zjadłam pożywne śniadanko, napiłam się herbaty, potem dobrej kawy. Wzięłam prysznic, umyłam włosy, zrobiłam sobie maseczkę, pomalowałam paznokcie i spędzam sobie leniwe przedpołudnie.
Przyznam się też, że oglądam sobie Gilmore Girls :)

A wszystko to dlatego, że popołudnie zapowiada się pracowite. Mam do upieczenia deser Pavlova (bo zostały nam białka od czegoś tam),przyjeżdża brat i wieczorem wybieramy się z R. w trójkę na nowego Allena do kina. Jutro natomiast wieczorem koncert Brodki i może jakieś tańce w 8bitach. Się zobaczy :) Trochę cieszę się, że coś zaczyna się dookoła dziać. Wyjścia, towarzystwo, zajęcia. Dość bezczynności.

Aaa, dziś także jest dzień wysyłania CV :) I robienia tiulowych kwiatów.
To jest dobry dzień :)

środa, 7 września 2011

106.

Chandra mnie jakaś złapała. Na cały dzień zaplanowanych miałam dużo rzeczy do zrobienia, na dodatek nie tylko tych z serii kurki domowej, ale też tych dla własnej przyjemności. I jak to z planami ostatnio u mnie bywa, średnio mi się one udały.
Rano musiałam do dziekanatu pojechać. Wstałam więc o 6.30 i po wykonaniu czynności standardowych porannych wyszłam na autobus. Na uczelni byłam parę minut po 8. Załatwiłam wszystko do 9.00 i wróciłam do domu. Posprzątałam co było do posprzątania, a potem to już większość dnia przeleżałam na tapczanie oglądając nowe odcinki Przepis na życie. Obiad jakiś tam w między czasie ugotowałam. Poza tym niestety nic konstruktywnego nie zdziałałam.
Po południu R. wyciągnął mnie do sklepu, bo musimy skombinować jakiś prezent na roczek dla jego bratanka. Wybraliśmy się do Smyka w Plazie. W szoku jestem trochę ile zabawek jest dla dzieci. A jakie? Gdzie się podziały drewniane klocki? Teraz jest jadalna plastelina, pisaki do kąpieli i inne dziwne rzeczy, których sensu nie do końca rozumiem. Cóż zrobić... Moje dzieci będą miały patyk do zabawy. Rozwija wyobraźnię przynajmniej :) Ja uwielbiałam bawić się patykiem.

R. znów wierci dziury w ścianach. Mam nadzieję, że niedługo odda tą wiertarkę i będę miała ciszę i spokój w chacie :)
Nie będzie możliwości, to i nie będzie potrzeby wiercenia i wieszania różnych rzeczy na ścianach.
Taką mam przynajmniej nadzieję.

Jutro będzie lepiej... prawda???

wtorek, 6 września 2011

105. Babski wieczór.

Wysłałam wczoraj R. na noc do kolegi, a do mnie przyszła koleżanka - tegoż kolegi dziewczyna (narzeczona w zasadzie - ale ja się jakoś przyzwyczaić nie mogę). Zaprosiłam jeszcze dwie dziewczyny. Zrobiłam pizze - nie chwaląc się pyszna wyszła, sałatkę, otworzyłam wino i po pogaduchach włączyłyśmy nieśmiertelne lejdis. W międzyczasie koleżanki się wykruszały i zostałyśmy w końcu tylko z K. Obejrzałyśmy jeszcze Dirty Dancing. Wypiłyśmy trzy butelki wina. Obgadałyśmy wszystkie  najważniejsze problemy. I te mniej ważne oczywiście też. Poszłyśmy spać o 5.30. I to w sumie tylko z rozsądku żeby jako tako wstać ok.8.00 do zajęć różnych. Bo mogłybyśmy gadać jeszcze długo i długo i długo.

Dobrze mi zrobił taki wieczór. Brakowało mi babskiego towarzystwa. Ludzie bardzo się zmienili. Kiedyś mówiło się: słuchaj, jestem blisko Ciebie, wstawiaj wodę na kawę, to wpadnę. Teraz trzeba umówić się tydzień do przodu i i tak nie ma się gwarancji, że do spotkania dojdzie. Spotykamy się rzadko, na krótko, bo trzeba do pracy, albo gdzieś. Przykre...
A ja chciałabym dom mieć otwarty dla wszystkich. Tylko, że nikt nie przychodzi.

czwartek, 1 września 2011

104. Z planami tak to właśnie jest...

Zaplanowałam sobie, że wstanę raniuśko, zaparzę kawę usiądę w fotelu i tak będę siedziała z blogami i upajała się chwilą spokoju, ciszy i czasem tylko dla siebie.
Niestety... Rano wstać mi się nie chciało, ale przecież nie muszę jakoś specjalnie się spieszyć. R. co 15 minut mówił, że jeszcze chwilkę i jeszcze chwilkę i ja tak jeszcze chwilkę też odkładałam to wstawanie. Śniadanie poszło sprawnie. Zrobiłam R. kanapki co by się szybciej zebrał do pracy i zdążył, a on mi mówi przy którejś kanapce, że dziś zostaje w domu. Będzie pracował na miejscu, bo nie ma po co iść do laboratorium.
Super (pomyślałam z ironią...)!
Z jednej strony to fajnie. Będziemy mieli dzień dla siebie. Z drugiej jednak to miał być dzień dla mnie. I bądź tu mądry...
Na dodatek wszystkiego pan właściciel mieszkania będzie wymieniał okna w domu naprzeciwko. Co gwarantuje hałas i syf przez cały dzień. Super (pomyślałam z ironią znów...)!

Plany więc uległy zmianie. (nawet teraz skupić się nie mogę, bo mi R. nad głową fascynuje się sensacjami XX wieku... ja oczywiście nie mam nic przeciwko fascynacjom, ale to miał być mój dzień...)
Zbieram się zaraz na zakupy. Pojadę te buty obejrzeć co za mną chodzą już długo :) I może tą marynarkę w końcu zakupię. I do ikei pojadę. Jak już się raz zacznie zakupy tam robić, to skończyć nie można. Ja przynajmniej tak mam. Co chwilę przypomina mi się, że jednak coś tam jeszcze można by kupić, bo się przyda.
I babeczki upiekę. Znajdę sobie jakiś dobry przepis :) chyba, że macie coś sprawdzonego?
No a dzień dla siebie zrobię sobie jutro może.

środa, 31 sierpnia 2011

103. Poranek blogowy!

Zaplanowałam sobie go na jutro. Już widzę ten obrazek :) Zrobię pyszną kawę, usiądę w fotelu, otworzę okno, włączę komputer i będę pisać i czytać i pisać i czytać i pisać i czytać. Aż przyjdzie mi ochota na coś innego. :

Jutro dzień wolny! :)

102. Babskie dylematy...

Marzą mi się nowe buty. Na obcasach takie. Przecenione widziałam. I tak chodzę i chodzę i chodzę dookoła nich już trzeci dzień i zastanawiam się - kupić czy nie kupić?
I oczywiście inne rzeczy też bym chciała. Marynarkę nową - tylko nie wiem jaki kolor - niebieski, taki chabrowy, czy może fioletowy?
Lakier czerwony ładny do paznokci. Ale takiego odcienia jaki sobie wymyśliłam chyba jeszcze nie wyprodukowali.
I sukienkę ładną jesienną, albo spódnicę chociaż.
I żeby to wszystko nie było drogie.
I żebym się nie musiała nachodzić po sklepach w poszukiwaniu tego wszystkiego.
A najlepiej jakby mi ktoś to wszystko kupił i przyniósł do domu.

I jeszcze prezent dla koleżanki muszę wymyślić. I nadrobić zaległości towarzyskie, co mi się narobiły ostatnimi czasy. I posprzątać mieszkanie, bo znów się bałagan zrobił. I nie marudzić przy tym wszystkim.

Dobrze, że to takie dylematy, a nie dylemat ślimaka: co schować w skorupę? Głowę, czy **** :)))))

poniedziałek, 29 sierpnia 2011

101.

Babcia w domu! Wczoraj zabraliśmy ją ze szpitala. Wygląda na to, że wychodzi na prostą. Jako tako prostą. Kosztowało nas to wszystkich dużo pracy, energii i cierpliwości, ale wyciągnęliśmy ją z tego wspólnymi siłami i miejmy nadzieję, że teraz będzie już tylko lepiej.

R. przyjechał na weekend. Wzięłam go na wizytę rodzinną do ciotki na wieś :) Bardzo było sympatycznie. Ja to w ogóle uwielbiam tam jeździć. Jak byliśmy mali odwiedzaliśmy ich bardzo często. Potem niestety co raz rzadziej. A teraz znów kontakt nam się odnawia. Jedna kuzynka wyszła za mąż, druga urodziła dziecko, kuzyn pracuje w gospodarswie, a ciotka i wujek się nie zmieniają. Wujkowi zębów tylko ubywa :)
R. w każdym razie przeżył. I nawet był zadowolony. To dobrze.
Po powrocie udało mi się go namówić na zrobienie listy gości weselnych. Wyszło ok. 90 osób. Wiadomo, że część nie przyjedzie, więc może trochę mniej. Teraz zastanawiamy się gdzie to wszystko organizować. Tradycyjnie u panny młodej? Czy może gdzie wygodniej?  Przeraża mnie to wszystko. Ale myślę sobie, że tyle osób przede mną zorganizowało sobie ślub i wesele to czemu ja miałabym nie dać rady?

Resztę weekendu spędziliśmy w zasadzie u babci. Najpierw w szpitalu, potem u niej w domu, czekając na jej przyjazd. Oglądaliśmy Misia Joggi w telewizji :) hehe
Zrobiliśmy też mały spacer historyczny po mieście. Wstyd mi się zrobiło, że tak mało wiem o swoim mieście rodzinnym. Może kiedyś to nadrobię, aczkolwiek zacięcia historycznego we mnie ani krzty. Co prawda nie wszyscy na wszystkim muszą się znać, ale przy R. który po krótkim spacerze wie więcej niż ja wypadam bardzo blado. Tak być nie może.

A dziś naukowo. Ogarniam drzewa z nadzieją, że tym razem test będzie trochę prostszy :)

piątek, 26 sierpnia 2011

100. Poranna kawka :)

Poranki z kawką i blogiem to ja uwielbiam. Dawno na taki sobie nie pozwoliłam. A szkoda. Ale co chwile było coś do zrobienia. I Ally McBeal mnie opętała. Ale, że okazała się jedną wielką szmirą to skasowałam resztę odcinków, które miałam i już ich nie oglądam. Co za tym idzie, mam dużo więcej czasu :)
Z okazji więc setnej notki na tym blogu postanawiam sobie zrobić dziś blogowo-kawowy poranek.

Jestem w domu. Przyjechałam pomóc przy babci, bo jest co robić. Nawet jeśli nie przy samej babci, bo ta radzi sobie co raz lepiej sama, to w domu jest masa rzeczy do zrobienia. A to ugotować kompot dla babci. A to wyprać jej rzeczy. A to iść do szpitala żeby się z nią przejść korytarzem. No i ktoś to musi robić. Więc jestem i dzielimy się obowiązkami z mamą, siostrą i bratem.
A ja to w ogóle jestem w szoku wielkim, pozytywnym oczywiście, że babcia tak szybko i dobrze z tego wszystkiego wyszła. W zeszłym tygodniu w czwartek siedzieliśmy w domu podczas babci operacji i czekaliśmy na telefon, że babcia nie przeżyła operacji. Przyjeżdżam tydzień później,  a babcia chodzi sobie po korytarzu z balkonikiem, opowiada dowcipy, a w niedziele idzie już do domu.
Skąd wzięła siłę do walki - nie wiem. Ale chciałabym jej tyle mieć. Ja mam 24 lata, ona 84. I ja narzekam, że mi się nie chce i że mi źle i że wszystko jest do dupy. A co ona ma powiedzieć? I co ja zrobię, jak będę mieć tyle lat?

To właśnie jeden z powodów, dla którego postanowiłam przestać wiecznie marudzić i cieszyć się tym co mam. Drugi to R., który mi powiedział, że on już nie wie czego ja chce i że jestem wiecznie z życia niezadowolona. Najgorsze, że ma dużo racji... Co jest dla mnie wielką mobilizacją. Bo co innego zdawać sobie sprawę ze stanu rzeczy, a co innego usłyszeć to od kogoś innego i to jeszcze tak bliskiego. Więc koniec z marudzeniem. Oj koniec :)

Zasnęłam wczoraj przed 22.00. Nie zdążyłam nawet nastawić budzika ani zgasić światła. Obudziłam się potem o 4.20 myśląc że to 23.00 i chciałam poczytać. Zorientowałam się jednak w porę, że to nie godzina na czytanie i spałam dalej. Obudził mnie budzik, który musiał być nastawiony z dnia poprzedniego i kosiarka zza okna.

A dzisiejszy dzień spędzę na gotowaniu, zaprawie pomidorów, nauce (bo niestety z egzaminu czeka mnie poprawka) i małych przyjemnościach :)

czwartek, 25 sierpnia 2011

99.Uff jak gorąco!!!

Komputer wydziela dziś zdecydowanie za dużo ciepła na pisanie, a ruchy wykonywane palcami na klawiaturze by wpisać konkretne słowo wymagają zbyt dużego wysiłku.
Za oknem jest 30 stopni.
Poczekam więc aż się trochę ochłodzi.
...

wtorek, 23 sierpnia 2011

98.

Bohaterowie dzisiejszego dnia:
- dzbanek zielonej herbaty
- notatki z dendrologii
- lakier do paznokci w przerwie od nauki
- i błyszczyki do ust - pierwsze w moim życiu kupione dziś przy okazji spaceru i zakupów :)








Miałam ochotę na zakupy dzisiaj. Ale z braku czasu i pieniędzy zadowoliłam się drogerią.
Potrzebny mi plan...

97.

Jeden egzamin za mną. Poszło gładko, bo pytania były do przewidzenia. Co prawda nie ma jeszcze wyników, mają być lada chwila, ale czuję że poszło mi dobrze. Jutro kolejne starcie. Niestety tak łatwo raczej nie będzie. Boję się bardzo, bo to test i to jeszcze mega dziwny test. Ale nie ma się co załamywać - w razie czego będzie poprawka. Łatwiejsza na dodatek. Więc uspokoiłam się trochę, bo w niedzielę strasznie panikowała. Będzie co ma być.
Zaczynam znów szukać pracy. Zrobiłam sobie przerwę na egzaminy ale teraz mogę się za to znowu zabrać. Więc się biorę. Oczywiście jest jeszcze większa masakra niż wcześniej. Ale się nie poddam. Znajdę coś dla siebie. Cokolwiek już teraz. Tylko ze względów finansowych.

Jutro albo w czwartek jadę do domu pomóc przy opiece nad babcią. Gryzie mnie już, że się nie włączam w to wszystko, a siostra i brat latają wokół babci ciągle. Egzaminy są usprawiedliwieniem, ale bez przesady też. Tak więc jak już jutro będę po to się pakuję i jadę.

A od września zaczynamy z R. przygotowania do ślubu. Choć on jeszcze o tym nie wie :) Przeraża mnie to trochę. Najbardziej chyba dalekosiężność planów. Jak teraz zaczniemy planować, to ślub będzie za dwa lata. A ja na dodatek jestem wielką ignorantką ślubną. Czyli nigdy nie interesowałam się nowymi trendami, nie mam wymarzonej sukni ślubnej i nie wiem jak to wszystko ma wyglądać. Mam nadzieję, że jakoś to pójdzie. Do pomocy włączą się obie mamusie - co akurat skrzydeł mi nie dodaje. Hehe ... :)

Mam ochotę kupić sobie coś ładnego. Taki babski kaprys :)

niedziela, 21 sierpnia 2011

96. Jestem szczęściarą !!! :)

W końcu mam wszystko w mieszkaniu tak jak chciałam i tak jak to z R. zaplanowaliśmy. Biedak wczoraj na kacu zniósł dzielnie wycieczkę do Ikei, a potem jeszcze dzielniej wywiercił mi w ścianach kupę dziur i powiesił półki. Bajzlu przy tym narobiło się co nie miara, ale wszystko ładnie posprzątałam i dziś już mam spokój. R. tylko kończy jeszcze jakieś duperele, których wczoraj nie dał rady.

No i kto jeszcze ma tak jak ja? :) O cokolwiek poproszę to R. prędzej czy później mi to zrobi. Czasem mam wrażenie, że daję za mało od siebie. Zawsze mogę na niego liczyć. Nie ma rzeczy, której by mi odmówił z jakiegoś błahego powodu. Ale z drugiej strony, w związku nie chodzi o to żeby było coś za coś. Jestem wielką szczęściarą mając R. przy sobie. I myślę, że on też mógłby powiedzieć to o sobie :) (moja skromność przeze mnie przemawia)

Jutro mam pierwszy sierpniowy egzamin. W środę drugi. Tak jak jutrzejszego nie boję się wcale, tak z tą środą to nie wiem jak będzie. Uczę się jeszcze pilnie. Ale zaczynam się mocno stresować, a na mnie stres niestety nie działa mobilizująco. Oby się udało.

Potem jadę do domu znów. Pomóc trochę przy babci. W szpitalu będzie jeszcze długo. I teoretycznie ma tam opiekę, ale wiadomo jak to jest. Zawsze lepiej jak jest przy niej ktoś bliski. Podać coś, umyć, przebrać. Mama, brat i siostra są z nią teraz. Jest też wujek, niestety leniwy i strachliwy. Jak coś się stanie będzie miał pretensje, ale teraz palcem nie kiwnie. Jego żona - niesamowicie przemęczona księgowa. No i kuzyneczki - zapracowane strasznie. Nie mogą przecież na każde zawołanie być w szpitalu. My możemy, one - no skąd.
Cóż... Nie satysfakcjonuje mnie tłumaczenie, że ludzie tacy są. Ale nic nie zrobię. Jestem ciekawa jak będzie wyglądała rozmowa dotycząca opieki nad babcią jak już wyjdzie ze szpitala. Kuzynkom będziemy musieli się przedstawić najpierw, bo aktualnie jesteśmy na etapie mijania się na ulicy i nie odzywania się do siebie.
Tragedia.
Ale i tak jestem szczęściarom. Bo mimo, że na swoją "rodzinę" (wujek, ciocia i kuzyneczki) liczyć nie mogę, to i tak mam dookoła siebie ludzi, którzy w potrzebie wyciągną rękę.

sobota, 20 sierpnia 2011

95. To jak to jest z tymi ludźmi?

Wczoraj byliśmy z R. na nasiadówie u znajomych. Przyjechała koleżanka z Niemiec, gdzie jest na doktoracie i choć stosunki między nami są różne, raczej nawet powiedziałabym, że słabe to poszliśmy się z nią spotkać. Po wielu różnych epizodach, najpierw tych dobrych, potem niestety tych złych, mieliśmy nadzieję chyba, że coś się zmieniło i jakoś teraz będzie dobrze. Bo może ludzie się jednak zmieniają? Chociaż dookoła mam wiele dowodów na to że nie, to jednak wierzę cały czas, że może jednak?
Było jak zawsze :)
Ale wieczór zaliczam do udanych. Męska część imprezy trochę za dużo wypiła i gospodarz poszedł wcześniej spać, a mój R. marudził żebyśmy poszli już do domu. No to poszliśmy. Chociaż raz nie ja marudziłam, że chcę już wracać.
Teraz R. dogorywa w łóżku, a obiecał mi dziś przywiesić w końcu półki, które kupiliśmy już chyba dwa tygodnie temu i jeszcze wycieczkę do IKEI po różne mniej lub bardziej potrzebne rzeczy. No ale jak będzie to nie wiem, bo nawet jajecznica z łóżka go nie wyciąga :)

piątek, 19 sierpnia 2011

94. Niespodzianki...

...niestety nie miłe. We wtorek wieczorem zadzwonił do mnie brat z wiadomością, że babcia się przewróciła i złamała nogę w biodrze. Sytuacja średnia, zwłaszcza, że babcia ma już swoje lata (85 stuknęło). W środę rano okazuje się, że nie wiadomo czy będzie można tą nogę operować, bo babcia ma też problemy z sercem. Tylko,że operacja jest jedyną szansą. Bez operacji babcia uziemiona w łóżku dostaje zapalenia płuc w ciągu maksymalnie 3 tygodni i umiera - usłyszeliśmy od lekarzy. Operujemy więc, ale trzeba zrobić jeszcze echo serca. Po badaniu okazuje się, że babcia jest w o wiele gorszym stanie niż wszyscy się tego spodziewali. Operacja staje się więc takim samym zagrożeniem jak jej brak. Trzeba podjąć decyzję. Istnieje szansa, że operacja się powiedzie. Operujemy więc. Wczoraj od 10 (to był planowany czas zabiegu) do południa siedzieliśmy jak na szpilkach udając, że wszystko jest OK. Ale każdy telefon sprawiał, że serce skakało do gardła. W końcu sami zadzwoniliśmy. Okazało się, że operacja się udała. Ortopedycznie wszystko przebiegło bez komplikacji, gorzej kardiologicznie, ale i tak się udało. Babcia leży na intensywnej terapii i weekend ma zdecydować co dalej. A my...Czekamy, martwimy się i wspieramy wzajemnie, a ja po raz kolejny uświadomiłam sobie bezsens robienia dalekosiężnych planów.
Ważne jest tylko tu i teraz!!!

wtorek, 16 sierpnia 2011

93. Moderacja komentarzy :)

UWAGA UWAGA!!! Ogłaszam wszem i wobec, że wprowadziłam moderację komentarzy, dlatego nie od razu są one widoczne. Z różnych względów to zrobiłam. Proszę o wyrozumiałość i cierpliwość - bo wpisujecie czasem, że Wasze komentarze się nie pojawiają. One są i pojawiać się będą. Pozdrawiam :)

poniedziałek, 15 sierpnia 2011

92. Zaległości...

Musiało to śmiesznie wyglądać, jak po wejściu do pociągu wyciągnęłam z torby cztery ostatnie numery Wysokich Obcasów , zdjęłam buty i zaczęłam czytać jeden artykuł za drugim. Kobieta z naprzeciwka dziwnie mi się przyglądała. Ale czym tu się przejmować. Ja uwielbiam sobie sprawiać takie małe przyjemności :). Poza tym, cztery numery to już spore zaległości. A ponieważ mam je (zaległości) nie tylko w tej kwestii to staram się nadrabiać jak tylko mogę. Przetrwoniłam (ale słowo wymyśliłam :)) ostatnio za dużo czasu na oglądanie Ally McBeal. Niestety. Stąd właśnie moje przemyślenia na temat samej siebie.

Może rzeczywiście w niektórych kwestiach nie potrzebuję zmian. Są jednak takie, które ich wymagają i to szybko. Samodyscypliny przede wszystkim potrzebuję. Do walki z lenistwem i poglądem, że wszystko samo się jakoś ułoży. Nic się samo nie zrobi. Niestety...
Organizacji też mi trzeba. Żeby nie było tak, że cały dzień siedzę przed komputerem wałkując jeden odcinek za drugim . Ale żebym umiała znaleźć czas na wszystko co w danym dniu mam do zrobienia. A ja potrafię przesiedzieć cały dzień na dupie nie robiąc nic, a jak R. wraca z pracy powiedzieć mu, że się z wieloma rzeczami nie wyrobiłam, albo co gorsza, że jestem bardzo zmęczona . Masakra...
Dlatego zmiany są mi potrzebne. Ale myślę, że to racja, że muszę je małymi kroczkami wykonywać.

No ale co w tych wysokich obcasach? :)
Nie pamiętam, w którym to numerze, ale najbardziej poruszył mnie artykuł o blogu Pauliny Pruskiej. Młoda dziewczyna zmagająca się z ciężką chorobą pisze bloga, który jest jej formą autoterapii. Nie przeczytałam go jeszcze całego (i chyba nie jestem w stanie tego zrobić) ale polecam. Paula i Pan Śmieciuch.

I na koniec jeszcze o pobycie w domu. Bardzo lubię do domu przyjeżdżać. Ale czasem takie wizyty są męczące. Mam wrażenie, że jestem gdzieś pośrodku domownikiem, a gościem. Dziwne to uczucie. Muszę przyznać jednak, że pobyt w domu bardzo dobrze mi robi. I gdyby nie to, że mam do zdania jeszcze dwa egzaminy w przyszłym tygodniu to posiedziałabym tam jeszcze dłużej. Tylko, że uczyć się tam nie umiem. Tak po prostu jakoś. Dlatego wróciłam tutaj, na Konopnickiej i biorę się ostro do roboty.

sobota, 13 sierpnia 2011

91. Chciałabym...

Nie wiem który to już post z tej serii. Będę teraz pisać jak to bardzo chciałabym być inna niż jestem i jakie to dla mnie trudne żeby się taką stać. Jak to bardzo chciałabym wstawać godzinę wcześniej niż w rzeczywistości wstaję i nie przestawiać budzika trzy tysiące razy. Jak to bardzo chciałabym mieć rano czas na zrobienie sobie i R. śniadania i wypicia kawy bez pośpiechu na autobus czy tramwaj. Jak to bardzo chciałabym lepiej organizować sobie czas i mieć go dla wszystkich dookoła i dla siebie samej. Jak to bardzo chciałabym nie marnować czasu na totalne bzdury, nikomu do szczęścia niepotrzebne. Jak to bardzo chciałabym nauczyć się w końcu oszczędzać pieniądze. Jak to bardzo chciałabym być systematyczna i wypracować sobie jakiś system pracy w ciągu dnia.

I... Mogłabym tak jeszcze długo wypisywać zdania zaczynające się od: jak to bardzo chciałabym. Oczywiście, że bym chciała. Ale...
Ale nie mam tego wszystkiego. I nie wiem czy kiedyś będę miała. I oczywiście teraz może ktoś napisać, że to tylko i wyłącznie ode mnie zależy, że jeśli naprawdę chcę to mogę, itd., itp. I to oczywiście będzie prawdą. Tylko, że mnie już wkurza wieczna praca nad sobą. A w zasadzie tylko o niej gadanie. Bo w gębie Moi Drodzy, to ja jestem naprawdę mocna.

Tak więc, nie napiszę dziś po raz setny listy zdań zaczynających się od: jak to bardzo chciałabym... Po prostu uwierzę w to, że mogę i wezmę się w garść.
Będą zmiany dookoła mnie. Dobre zmiany. :)

czwartek, 11 sierpnia 2011

90.

Kawa i ciasto :)  Dopiero teraz bo w ciągu dnia jakoś nie miałam kiedy. No i zapomniałam, że mam ciasto w lodówce :)
Za to teraz czekając, aż wyschną mi świeżo pomalowane kartony żebym mogła pomalować je jeszcze raz, jest idealna pora na kawę i ciasto. Dzięki temu posiedzę dłużej w nocy. Co robić lubię, ale nie mam ostatnio siły i wcześnie chodzę spać.

Wciągnęłam się w Ally McBeal. Oglądam już trzeci sezon. Przerabiamy kryzys wieku średniego i rozstania. Hmm... dziwne. Mam nadzieję, że R. tak szybko nie dosięgnie. Bo to straszne jest :)

niedziela, 7 sierpnia 2011

89.

Wczorajsze nocne słuchanie muzyki okazało się bardzo owocne. Usłyszałam kiedyś gdzieś piękny utwór, ale nie wiedziałam kto go wykonuje, ani jaki jest tytuł. Spędziłam nawet jakiś czas na poszukiwaniach. Niestety nie udanych. Aż tu nagle wczoraj... Przeskakując od jednego utworu do drugiego sam mi się jakoś napatoczył. A z nim wiele dziwnych wspomnień i myśl co by było gdyby.

Na szczęście gdybać nie zaczęłam. Bo i po co? Ważne co tu i teraz.

A tu gdzie teraz jestem, jestem bardzo szczęśliwa. I nie chcę tego zmieniać.

Mama zamówiła sobie u stolarza nową szafę. Jutro majster ma przyjechać ją montować, w związku z czym dziś odbywało się wspólne sprzątanie starej, co by jutro można było ją wynieść. Jak to przy takim sprzątaniu bywa, znalazło się wiele starych niepotrzebnych rzeczy, z którymi nie wiadomo co zrobić, ale też mnóstwo skarbów kiedyś schowanych na lepsze czasy i w większości zapomnianych.
Zostałam więc szczęśliwą posiadaczką dwóch małych skórzanych torebek.Uwielbiam je już, choć wymagają drobnych napraw i przeróbek. Mam już jedną taką. Ma ok 30 lat. Mama kupiła ją sobie jak była na studiach. Potem nosiła ją moja ciocia, potem siostra i na koniec trafiła się mi. Wiele już przeszła, ale dzielnie się trzyma. I teraz, kiedy takie torebki stały się niesamowicie modne ja nie wydając ani grosza mam tę jedną jedyną :) Najbardziej oryginalną, bo z historią.

Biorę się za naukę fotografowania. Nie po to kupiłam sobie dawno temu aparat żeby teraz wykorzystywać tylko jedną jego funkcję: auto. Wstyd mi trochę..,

Dzień mam dziś leniwy bardzo. W związku z tym spędzam go na małych przyjemnościach. Kawka, książka, muzyka. Dlaczego niby cały czas mam się spinać, że siedzę i tracę czas choć powinnam coś robić? Nie muszę nic zrobić. Mam wakacje. Jest niedziela. Nie muszę się stresować. I nie chcę.

sobota, 6 sierpnia 2011

88.

Lubię czasem wieczorem włączyć sobie muzykę i leżąc w ciemnym pokoju jej słuchać.
Dziś Portishead :)

Jak to jest, że mając tak dużo wolnego czasu nie mogę się zmusić do zrobienia czegokolwiek konstruktywnego?

środa, 3 sierpnia 2011

87. Z wyjazdu zdjęć kilka :)












Od komentarza się powstrzymam. Ja uwielbiam góry. Nic tak mi nie dodaje energii jak wędrówka po szlaku i nic tak nie uspokaja jak przepiękne widomi na szczycie :)  

86.

Wróciłam! Po wakacjach... jak to jest chyba każdy wie.

Same wakacje uważam, że udane były bardzo. Mi dobrze zrobił ten tydzień. Pogodę mieliśmy jako taką. Nie padało na szczęście, a resztę dało się znieść. Słońce od czasu do czasu przeświecało przez chmury. Temperatury mogły być ciut wyższe, ale to co było też można było wytrzymać.
Czeski hotylek Diana w Szpindlerowym Młynie godny polecenia. Zwłaszcza kuchnia, choć z wrażliwym żołądkiem i obciążoną mocno wątrobą się wyjeżdża. Pokoje ok. Choć w przybudówce, w której mieszkaliśmy wilgoć duża była. No niestety - przebudowany garaż w pobliżu strumyka raczej nie wróży nic dobrego. W każdym razie przeżyliśmy :)

Powrót do rzeczywistości jak to z powrotami bywa - dość ciężki. Zwłaszcza, że jestem w domu teraz u siebie, R. u siebie i jakoś to tak dziwnie jest.
Szukam pracy nadal bardzo intensywnie. Przez tydzień może będę w małej firmie ogrodniczej u znajomego ogrodnika, bardziej raczej na zasadzie praktyk niż pracy. Zawsze jednak jakieś nowe doświadczenia to będą. A potem zobaczymy jak to się wszystko rozkręci.
Jeszcze dwa egzaminy przede mną więc siadam też do nauki. No i tak to się jakoś mam nadzieję będzie kręcić.

Dobrą rzeczą po wyjeździe jest to, że przyzwyczaiłam się do rannego wstawania, bez przestawiania budzika w nieskończoność. Bo musiałam tak żeby wszyscy z łazienką się do śniadania wyrobili.  No i tak mi jakoś zostało. Ale ja lubię rano wstawać. Mam wtedy długi dzień, spokojny poranek, nie muszę się spieszyć z kawą i łazienką. Lubię to bardzo. Naprawdę.
Dziś pobudka o 6.30. Zawiozłam mamę do pracy, śniadanie, kawka, wysłałam kilka CV, a teraz biorę się do pracy. (zawsze się znajdą jakieś zaległości - ja nie wiem jak to się dzieje)

piątek, 22 lipca 2011

85.

Chciałabym wiele rzeczy. Myślałam dziś o tym bardzo dużo. Póki co jednak, mam tydzień wakacji w górach i zamierzam się tak bawić, odpocząć, naładować baterie, wrócić i wziąć się ostro do roboty.

Do zobaczenia za tydzień :)

czwartek, 21 lipca 2011

84.

Dzisiejszy poranek sponsoruje deszcz za oknem, zielona herbata z cytryną i odcinek Ally McBeal :) Mimo szarości i nieprzyjemnej pogody za oknem staram się myśleć pozytywnie i tak też nastawiać do życia.
Nie mam powodów do narzekań. Cały czas wmawiam R., że nie powinien martwić się tym czego nie ma, a cieszyć z tego co jest tu i teraz. I sama chyba o tym trochę zapomniałam.
Tak więc uśmiecham się do siebie i do dzisiejszego dnia, idę zaparzyć kawę i wykorzystując ostatnie wolne chwile (po tygodniu w górach będę miała dwutygodniowe praktyki w firmie ogrodniczej:)) na czytanie książki, słuchanie muzyki, no i muszę w końcu zrobić porządek z kartonami pełnymi koralików i innych dupereli.
To będzie dobry dzień :)

środa, 20 lipca 2011

83.

Pora deszczowa to jest czy co? Obrzydliwe, szare, lepkie chmury wiszą w powietrzu. Pieruńsko duszno, powietrze stoi i wszystko czeka nie wiadomo na co.
Trochę jak ja. Tyle, że u mnie dochodzi jeszcze kryzys kury domowej. :(

wtorek, 12 lipca 2011

82.

Cieszę się latem :) Jest to zajęcie jednak dość niebezpieczne. Wybrałam się dzisiaj z koleżanką na drugie śniadanie nad warte (no i na ploty oczywiście). Jakoś tak głupie kretynki tylko nie pomyślałyśmy, że w samo południe nad rzeką może nam nieco przygrzać słońce. No i skończyło się poparzonymi ramionami i dekoltem. Co zrobić...

poniedziałek, 11 lipca 2011

81.

Ogłaszam wszem i wobec - wszelkie małe i duże remonty zostały zakończone, mieszkanie jest przystosowane do zamieszkania, mamy już internet i jesteśmy tu szczęśliwi.
Uff...Zostały mi firanki do obszycia i powieszenia i będzie ok. Na dodatek zaraz się za to zabieram, bo miałam pojechać na zakupy, ale zaczęło lać właśnie więc to żadna frajda. Poczekam aż przestanie.

Zakładanie internetu trochę trwało i spowodowało włączenie alarmu, który ponoć od ładnych paru lat jest nieaktywny :) Wszystko przez to, że internet w tym domu przedstawia się tak:

Na szczęście udało się spośród czterech gniazdek telefonicznych znaleźć odpowiednie, a potem po dwóch godzinach skonfigurować neta. Wszystko działa. Kontakt ze światem przywrócony :) Choć jak już pisałam, wcale mi tego jakoś bardzo nie brakowało.

Z pracą idzie średnio. Szukam intensywnie. Wysyłam CV jedno za drugim. Niestety póki co nikt się do mnie nie odezwał. Nie poddaje się jednak. Szukam dalej. W najgorszym wypadku pójdę na okres wakacji pracować w call center jakimś, albo będę się opiekować dziećmi - jak wcześniej.

Postanowiłam do wszystkiego podejść ze spokojem. Wystarczy, że R. ma teraz trudny okres. Ja nie muszę :) Wierzę, że wszystko ułoży się dobrze, no bo czemu niby nie ma.

Przeczytałam niesamowitą książkę. W zasadzie tylko jej pierwszą część na razie. Polecam wszystkim, którzy lubią książki z gatunku ciężkich i schizowych. Dla mnie mistrzostwo. Nie wiem jaki trzeba mieć łeb żeby połapać się w pisaniu tak zagmatwanych historii. Całość ma trzy tomy. Za drugi zabieram się zaraz, bo raczej nie zanosi się żeby przestało padać. Na trzecią niestety trzeba czekać do listopada.
Gazetę wyborczą też polubiłam. Do tej pory kupowałam ją co sobotę ze względu na wysokie obcasy. Czytałam tylko dodatek, resztę nietkniętą wyrzucałam do kosza. Wczoraj jednak usiadłam do niej na chwilkę i bardzo się wciągnęłam. Ja o świecie politycznym pojęcia nie mam. A i wiele wiadomości ogólnych krajowych i światowych mam niesamowite zaległości. Tak więc biorę się za ich nadrabianie.

Muzyka na dziś: