sobota, 28 września 2013

337. Ciasteczko?

No i co ja poradzę, że ja lubię takie soboty... Pranie się suszy, zakupy zrobione, mieszkanie posprzątane, a ciastka w piekarniku. No lubię no :)


Przepis z wrześniowego nr Sensu
120 g miękkiego masła
120 g brązowego cukru
1 jajko
1/2 łyżeczki ekstraktu z wanilii
100 g mąki pszennej
1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
1/2 łyżeczki cynamonu
szczypta soli
120 g płatków owsianych
120 g rodzynek

Masło, cukier, jajko i wanilie ubijamy mikserem na jednolitą masę.
Mąkę, z sodą, cynamonem i solą mieszamy osobno.
Dodajemy płatki owsiane i rodzynki.
Łączymy z masą maślaną.
Ciasto wkładamy na 10 min do lodówki.
Na blaszkę wykładamy papier. Z ciasta formujemy kulki wielkości orzecha włoskiego, układamy na blaszce i spłaszczamy. Pieczemy 10-12 min  w temp. 180 stopni. Wyciągamy ciastka do przestudzenia i gotowe :)
Smacznego!!!

piątek, 27 września 2013

336. Tu i teraz.

Spisałam sobie wszystko co mam do zrobienia dziś i w najbliższych dniach. Jako że ostatnie kilka dni przeleciały mi nie wiem gdzie i kiedy, teraz mam do nadrobienia mnóstwo zaległości. Tylko nie wiem, za co najpierw się zabrać. Po kolei. Krok za krokiem. Dam radę.
Od poniedziałku zaczynam w końcu ostatni rok studiów. Gdybym mogła cofnąć czas i zmienić kilka rzeczy dokładnie wiem co by to było. Niestety nie mogę, dlatego muszę męczyć się jeszcze na studiach. Wiem, że widać tak musiało być żebym czegoś się nauczyła, że widocznie musiałam dojrzeć żeby zrozumieć wiele rzeczy. Wszystko wiem. Co nie zmienia faktu, że jestem już za stara na studiowanie takie sobie dzienne. ;)
Wczoraj wybrałam się do miasta. Miałam kilka rzeczy do załatwienia i jak już je wszystkie ogarnęłam postanowiłam sobie pochodzić po sklepach. Musiałam przejść pieszo pół miasta z tego powodu, bo zamknęli w Poznaniu chyba najważniejsze skrzyżowanie jakie jest i teraz żaden tramwaj po mieście nie jeździ. Weszłam do sklepu z pierdołami indyjskimi. Jakieś tam bransoletki, kolczyki, chusty. Za mną grupa dziewczyn w wieku gimnazjalnym. Przewalały wszystkie rzeczy, które wpadły im w ręce i o każdym oczywiście miały opinie. Opinie były przeróżne. Nie zrozumiałam tylko jednej. Co oznacza, że coś jest epickie? :)
Może jestem już za stara nawet na zakupy w takich sklepach? :)
W mieście mnóstwo młodych, nowych ludzi. Zwiedzają, rozgryzają rozkłady jazdy tramwajów i autobusów. Planują drogi na uczelnię i z uczelni. Rozglądają się po barach. Rok akademicki się zbliża wielkimi krokami. A ja jakoś wcale nie tęsknię za tymi czasami.
Bo dla mnie liczy się tu i teraz. A moje tu i teraz jest dobrze.


sobota, 21 września 2013

335. Saturday!

Za oknem piękne słońce. Ciepły wiatr. Jakoś tak przyjemnie. Aż chce się żyć. Po sobotnich zakupach w spożywczym sklepie teraz czas na budyń waniliowy z sokiem malinowym i kawkę. A za chwilę do roboty!


czwartek, 19 września 2013

334. Coffee

Kawa i blog. Takiego poranka nie miałam dawno. Jedno oko mi się jeszcze trochę zamyka, ale bronię się przed powrotem do łóżka. Szkoda dnia. Bo choć za oknem szaro i zzziiimno, to ja mam zaplanowanych mnóstwo rzeczy do zrobienia. Posilam się więc zrobionymi wczoraj faworkami i do roboty.


środa, 18 września 2013

333. Autumn.

Wyciągnęłam jesienną wersję piżamy, siedzę w niej do późna z kubkiem kawy lub herbaty i delektuję się ciszą i spokojem, który niedługo zostanie zburzony przez uczelnię i pracę. Z jednej strony nie mogę się doczekać, a z drugiej dobrze mi tak jak jest. I bądź tu mądry.


poniedziałek, 16 września 2013

332. Love is in the air!

Ten nasz pierwszy, wspólny rok minął mi trochę chyba za szybko.
Jednak szczęśliwie.
Mam nadzieję, że tak właśnie będzie dalej. Albo i lepiej...


czwartek, 12 września 2013

331. DONE!!!

Walczyłam prawie cały dzień. Od samego rana. Z małą motywacją (dzięki A. ;))
Skończyłam.
Pierwsze zdjęcie przed przeprowadzką.
Drugie - MOJA kuchnia dziś.
Brakuje jeszcze uchwytów przy drzwiczkach i paru drobiazgów. Czekam aż Pan B. wróci z wyjazdów.
I jestem przeszczęśliwa, że w końcu ją mam. Teraz mogę być kurą domową :) (czasem)



wtorek, 10 września 2013

330. Slow down!

Ponieważ Pan B. pojechał na tygodniową konferencję w wielki świat, postanowiłam nie siedzieć sama w domu i przyjechałam do mamy :) To chyba jest to, co mnie postawi na nogi :) Wyspać się w swoim starym łóżku, posiedzieć na spokojnie przy śniadaniu. Kawka, pogaduchy. Zakupy jakieś, a firanki może obejrzymy, a może spacer. Najważniejsze, że na luzie.
Kuchnia stoi. Trzeba ją tylko posprzątać i zorganizować i miejmy nadzieję będziemy żyć długo i szczęśliwie :)

sobota, 7 września 2013

329. It's all about trust.

Po zatrudnieniu pana do montowania kuchni okazało się, że nie to nie tylko zamieniliśmy się rolami, w sensie kobiety i mężczyźni, ale też, że po świecie bezkarnie chodzą niesamowici oszuści i na dodatek nie nie można z nimi zrobić. Ale po kolei.
Ponieważ Pan B. ma uszkodzony bark (tzn. funkcjonuje normalnie, ale prawą rękę musi mocno oszczędzać, co wyklucza wszelkie dźwiganie, podnoszenie jej w górę czy wymachiwanie) postanowiliśmy znaleźć stolarza, który pomoże nam zamontować kuchnię. Pytałam wśród znajomych, ale nikt nie miał nikogo sprawdzonego. Usługi sklepowe przy montażach wszelakich są trochę za drogie (albo my zbyt skąpi ;)), więc pomyśleliśmy, że znajdziemy kogoś w internecie. No i znalazłam. Ogłoszenie było zachęcające. Rozmowa telefoniczna też. Nie miałam w zasadzie żadnych podstaw żeby sądzić, że pan, z którym się umówiłam, nie jest stolarzem. Przyszedł, zrobił i wyszedł. A zostawił to:

Obraz nędzy i rozpaczy. Ale zobaczyłam to wszystko dopiero jak pan wyszedł, a ja zaczęłam sprzątać. Tak sprytnie wszystko zamaskował, że na pierwszy rzut oka kuchnia wyglądała w porządku. Makabra. Nie mam nawet siły opowiadać co zrobił. Na pewno nie był to montaż kuchni. Zabrał jeszcze jeden panel ozdobny żeby go przyciąć u kolegi w piwnicy lepszym sprzętem jakimś i obiecał, że wróci następnego dnia.
Po powrocie Pana B. z pracy zadzwoniliśmy do faceta i mu powiedzieliśmy, że ma nie ciąć panela i tylko przyjść dokończyć blat. Mieliśmy zamiar mu powiedzieć, że ma nam zwrócić pieniądze, ale jakby się o tym dowiedział przez telefon to pewnie by nie przyszedł. Robiliśmy z siebie idiotów żeby go jednak jeszcze zobaczyć. Następnego dnia zadzwonił, że nie może przyjść, bo ma uszkodzony samochód. Chyba, że zwrócę mu za taksówkę. No i nie wytrzymałam. Powiedziałam mu, że jeśli ktoś komuś ma zwracać pieniądze to raczej on mi, bo zniszczył mi meble i zabrał panel, na co pan rzucił słuchawką i tyleśmy go widzieli.
Wczoraj dopiero przyjechał stolarz, którego poleciła nam teściowa i zrobił wszystko jak trzeba. Pan B. kończy właśnie jeszcze jakieś tam  drobiazgi i być może jutro kuchnia będzie gotowa. Czemu te wszystkie wykończenia zajmują tyle czasu???
No i jak tu ufać ludziom? Ja wiem, że internet jest miejscem, gdzie każdy może być kim tylko chce i pewnie nawet ja mogłabym być stolarzem. Ale trochę przyzwoitości. Co innego podawać się w internecie za kogoś kim się nie jest, a co innego przyjść do ludzi do domu nie mając pojęcia o montażu mebli i zniszczyć im kuchnię.
Uważajcie!!!

poniedziałek, 2 września 2013

328. Gdzie ci mężczyźni...

A ja głupia myślałam, że jak wyjdę za mąż to będę sobie leżeć na kanapie i pachnieć, a cała reszta w domu zrobi się "sama". :) Naiwna ja :) Tymczasem wczoraj złożyłam w całość 7 szafek kuchennych, stolik i półkę, wymierzyłam i poprzycinałam blaty oraz znalazłam pana, który dziś pomoże mi to ogarnąć. Hmm...