niedziela, 30 grudnia 2012

260. ...


... ruszać zaczęłam się ok.22. Przebudziłam się bo zadzwonił telefon. Oprócz tego nie wykazywałam wczoraj żadnej innej aktywności. Jak z magla wyciągnięta przewalałam się cały dzień w łóżku, zasypiając i budząc się co chwilę.
Paskudny wirus szaleje. Pana B. też złapało. Więc uważajcie. Dbajcie o siebie i nie dajcie się :)

sobota, 29 grudnia 2012

259. Le lit...

Obudziłam się dzisiaj cała połamana. Wszystko mnie boli. Nawet włosy... Myślałam, że przejdzie... Nie zapowiada się jednak. Ochoty na kawę nie mam, co już naprawdę świadczy o zły stanie moim.
Postanowiłam więc cały dzień spędzić w łóżku... Co se nie mam jak se mogę...
Mam nadzieję, że tu nie zwariuje...
Nie wiem, co to. Wirus jakiś, czy co?
Hmm...


piątek, 28 grudnia 2012

258. Start!

Chciałam to już zrobić jakiś czas temu...
Zapraszam Was TUTAJ... Nowe miejsce..
Muzyczne, książkowe i filmowe.
Będzie mi miło jak zaglądniecie od czasu do czasu :)

257. Last Christmas...


Cudowny teledysk :) 
Zapomniałam w tym roku o tej piosence. Na szczęście mi ktoś przypomniał ;)


wtorek, 25 grudnia 2012

256. Święta, święta...

... i po świętach. Jak co roku!

Pierwsze święta, które spędzamy razem z Panem B. Mieliśmy duży dylemat do której mamusi pojechać :) Zdecydowaliśmy, że pojedziemy do teściów moich.
Święta jak to święta. Mnóstwo jedzenia, trzy dni szykowania na pół godziny jedzenia. otem telewizja, pasterka, jedzenie i do spania.
I tyle...
Dla mnie jednak nie tylko tyle.
Wiele przemyśleń i wniosków.
To dobrze.


poniedziałek, 24 grudnia 2012

255. Joyeux Noel :)


Kochani! 
Z okazji Świąt Bożego Narodzenia, życzę Wam wszystkim dużo spokoju, ciepłej rodzinnej atmosfery oraz zasłużonego odpoczynku od codziennej rutyny. 
A na nadchodzący Nowy Rok..., a nie...
to później. 
Dziękuję, że jesteście tutaj ze mną i mam nadzieję, że pozostaniecie, do kolejnych świąt, a potem kolejnych i kolejnych... Dzięki Wam, moje codzienne życie, nie jest takie szare :) 

Pozdrawiam 

poniedziałek, 17 grudnia 2012

254. :)











Latte z syropem migdałowym na dobry początek dnia i do roboty :)
Dobrego tygodnia!!!

czwartek, 13 grudnia 2012

253. Pokój.




Książka, która mnie rozbiła na drobne kawałki, żeby potem złożyć do kupy i pomóc uwierzyć, że dzieją się na tym świecie rzeczy niesamowite, że człowiek potrafi znieść bardzo dużo, i że z każdej sytuacji jest jakieś wyjście.
Więcej przeczytacie tutaj!
Polecam!!!

środa, 12 grudnia 2012

252. ???





Ile cierpliwości ma człowiek???

wtorek, 11 grudnia 2012

251. Les crayons...




Już zapomniałam jak odprężające może być używanie zwykłych kredek zamiast komputera.
Wszystkie projekty ostatnio przygotowuję w różnych programach komputerowych. Bo wymagane to, bo trzeba się nauczyć, bo nie wiadomo co.
Dziś całe przedpołudnie rysowałam projekt ręcznie. I co z tego, że dłużej... Odpoczęłam. To było dobre przedpołudnie :)

Kolorowe kredki, w pudełeczku noszę, kolorowe kredki... ;) 

poniedziałek, 10 grudnia 2012

250. Monday!

Na szczęście dla mnie dzień na zewnątrz się skończył. Została mi praca w zaciszu ciepłego mieszkania. Pod kocem, z kubkiem gorącej herbaty czy kawy.
Poza tym wcale nie było tak źle, jak myślałam, że będzie. Bo ja tak naprawdę lubię poniedziałki.
Gorący czas przede mną. Nie dam się jednak wpędzić w wir szaleństwa świątecznego. Chętnie jednak w nastrój świąteczny się wprawię piernikiem i grzanym winem :)
Miłego tygodnia!!!

piątek, 7 grudnia 2012

249. Weekend.









W zasadzie tylko tyle mam dziś do powiedzenia :)

środa, 5 grudnia 2012

248. Done!







Zamówienie zrealizowane.
Ktoś jeszcze reflektuje? :)

wtorek, 4 grudnia 2012

247. St.Barbara




Wszystkiego najlepszego życzę dziś każdej Basi :)

Dostałam w prezencie piękny, biały poranek :)
Dziękuję!!!

poniedziałek, 3 grudnia 2012

246. Hello December...

Postanowiliśmy z Panem B. ruszyć się trochę z domu w końcu. Ostatnio zapędziliśmy się w niebezpieczny róg. Wstawaliśmy rano, do pracy albo na uczelnię, powrót popołudniu, obiad i zgnilizna domowa w starych dresach. Można tak przecież, nie mówię, że nie. Ale zaczęło nam to przeszkadzać. W zeszłym tygodniu wybraliśmy się więc do kina.
Kino MUZA  i nieprzyzwoicie tani czwartek - czyli bilety za 5 zł. Film: Paradise Love. Mi film się podobał. Pan B. wyszedł trochę zniesmaczony. Ale dyskutowaliśmy o nim długo...
Weekend natomiast spędziliśmy u mojego brata we Wrocławiu. Świątecznie się nastroiłam trochę, bo tam Jarmark Bożonarodzeniowy pełną parą. Światełka, muzyka, grzane wino :) Dobrze nam to zrobiło.
Oderwaliśmy się na chwilę od rzeczywistości. Zrobiliśmy już plany rozrywkowe na ten tydzień :)
To będzie dobry tydzień. :)
Nie mogę uwierzyć, że to już grudzień.

czwartek, 29 listopada 2012

245. Pain d'épices et de vin.




Ponieważ za oknem jest to co jest, a ja mogłam sobie zrobić wolne, to zostałam dziś w domu i nadrabiam zaległości różnego rodzaju.
Zarobiłam w końcu ciasto na pierniki. Pierwszy raz zupełnie sama. Według rodowego przepisu. I za nic w świecie nie dam się w to wtrącić teściowej :)

A teraz z kieliszkiem czerwonego wina (i co z tego, że jest 13... ) myślę sobie, że ja lubię być kurą domową. I nie rozumiem dlaczego miałabym nią nie być. Bo dziś tak się nie żyje? Bo obracam się w kręgu 22-latków, którzy często na zajęcia przynoszą sobie kanapki zrobione przez mamy, a ich jedynym problemem jest wybór miejsca na ą imprezę? Bo są tacy, co uważają, że jestem ciotką dbającą o wszystkich dookoła i w przyszłości widzą mnie w wielkiej kwiaciastej spódnicy w kuchni albo ogrodzie?
Nieee... Ja to lubię. I będę sobie robić co chcę i kiedy chcę.
Be yourself no matter what they say...

poniedziałek, 26 listopada 2012

244. Cosmétique...




... miałam w planach na urodziny kupić sobie zestaw kosmetyków. Połechtać swoją kobiecą próżność :)
Po wizycie w drogerii, w zasadzie po wszystkich czterech wizytach, stwierdziłam, że to chyba bezsensu. I tak za jakiś czas schowam je do kąta i będą leżeć jak cała reszta...
Tak więc nie kupiłam nic. A teraz przeglądam w necie ciągle to co chciałam kupić, robię listę zakupów, mówię sobie, że jednak pojadę to kupić, po czym znów jednak stwierdzam, że nie potrzebuję tego wszystkiego. Zdecydować się nie mogę. Straszne...
Trudno być kobietą... :)

niedziela, 25 listopada 2012

243. Souvenirs...





Coś mnie dziś wzięło na wspomnienia. Wyciągnęłam stos zdjęć, które już od dłuższego czasu czekają na posegregowanie i znalezienie dla nich miejsca. W końcu się udało.

czwartek, 22 listopada 2012

242. Soiree...

... czekałam na to cały dzisiejszy dzień. Dobrze, że to już jego koniec.
Siedzę wygodnie, popijam latte i słucham (klik) 
A jutro za "namową" Małej Mi, postanowiłam jednak zrobić sobie prezent urodzinowy. Należy mi się :)
Dzięki Mała :)

wtorek, 20 listopada 2012

241. Happy Birthday ...





... to me :)
Urodziny to jakoś nigdy nie był dla mnie jakiś szczególny czas. Jak byłam mała zawsze miałam problem, które koleżanki zaprosić na imprezę urodzinową przy kanapkach i szampanie Picollo.
Potem 18-stki... zupełnie nie w moim stylu wielkie imprezy z przepychem więc sobie podarowałam.
A teraz...
Dzień jak co dzień.
I nie czuję się rok starsza.

sobota, 17 listopada 2012

240. Co masz zrobić dziś...

... zrób dziś i będziesz miał z głowy.
A jak nie zrobisz, bo Ci się nie chce, to nie narzekaj potem, że się nie wyrabiasz.
Powiedziałam ja i poszłam do swojej roboty.
Udanego weekendu :)

czwartek, 15 listopada 2012

239. Liebster Award


Nominacja do Liebster Award jest otrzymywana od innego blogera w ramach uznania za „dobrze wykonaną robotę” Jest przyznawana dla blogów o mniejszej liczbie obserwatorów, więc daje możliwość ich rozpowszechnienia. Po odebraniu nagrody należy odpowiedzieć na 11 pytań otrzymanych od osoby, która Cię nominowała. Następnie Ty nominujesz 11 osób (informujesz ich o tym) oraz zadajesz im 11 pytań. Nie wolno nominować bloga, który Cię nominował.

Zostałam nominowana do tej zabawy aż przez cztery osoby. Pierwsza była Amisha. Kolejna Wiolka, Agaton i Tiru-riru.  Wszystkim bardzo dziękuję za wyróżnienie. Jest mi niezmiernie miło :) Biorę się za odpowiadanie na Wasze pytania.

Pytania od Amishy:
1. Jaka na pewno NIE jesteś?
   Obrażalska
2. Co na pewno jest jeszcze PRZED Tobą?
    Całe życie :) szkoda, że nie wiadomo jakie...
3. Na co nie możesz patrzeć?
    Marnowane jedzenie, dzieci żebrzące na ulicach, krwawe sceny w filmach
4. Czego nie może zabraknąć w Twojej kuchni/lodówce?
    Mleka do kawy :) i samej kawy oczywiście też.
5. W reklamie czego chętnie byś wzięła udział?
    Nie znoszę reklam, więc w żadnej.
6. Adwokat, lekarz, sportowiec czy fotograf? (zakładając, że każdy wygląda mniam)
    Wszyscy jeśli każdy wygląda mniam :)  a tak naprawdę to mam swojego biotechnologa, który aktualnie         handluje sprzętem laboratoryjnym i to mi wystarcza :)
7. Co Cię wzrusza a na co jesteś obojętna?
    Wzruszam się łatwo, obojętna jednak być nie umiem.
8. W czym potrafisz się zatracić?
    Wyłączam się czytając książkę, robiąc biżuterię, albo swetry na drutach... Ale czy to zatracenie?
9. Czego nie odmówisz swemu dziecku? (jeśli nie masz, to gdybyś miała)
    Dzieciństwa :)
10. Jakim jesteś ... ptakiem?
      Skowronkiem oczywiście :)
11. Chciałabyś poznać tajemnicę...
      ... jakąkolwiek i czyjąkolwiek pod warunkiem, że ten ktoś będzie chciał ją zdradzić. 


Pytania od Agatona:
1. Co widać z okna Twojego pokoju?
    Niestety nie ma się czym chwalić. Z jednego pokoju mam widok na podwórko kamienicy pana, od               kórego wynajmujemy mieszkanie. Zadbane, pięknie obsadzone roślinami, szkoda tylko, że trzymają na         nim samochody... A z sypialni krzaki :) Jednak jako że na ogrodnika trafiło, to jestem zadowolona :)
2. Wolisz zimowe szaleństwo na nartach/sankach czy letnie wygrzewanie się na plaży?
    Jedno i drugie lubię bardzo. Narty zimą, plaża latem i wszystko da się pogodzić.
3. Jak wyjazd to z przewodnikiem (człowiekiem) i wycieczką czy z przewodnikiem (książką) i                   samemu?
    Zdecydowanie opcja druga.
4. Czy codziennie rano ścielisz łóżko?
    Tak. Nie znoszę rozwalonej i pogniecionej pościeli :)
5. Na jakim filmie ostatnio byłaś w kinie?
    Żebym ja to pamiętała...
6. Twoje ulubione danie i to, którego najbardziej nie lubisz to?
    Ulubionych jest wiele, w zależności od okoliczności. A najbardziej nie lubię wątróbki.
7. Masz jakąś pasję, hobby? Co to jest?
    Tworzenie coś z niczego. Biżuteria, ubrania, torebki. Fotografia też... choć jestem kompletnym laikiem i         jeszcze dużo nauki przede mną.
8. Czy udało ci się kiedyś spełnić noworoczne postanowienie? Czy w ogóle robisz jakieś?
    Nie udało mi się nigdy, więc przestałam je robić :)
9. Co zabrałabyś na bezludną wyspę?
    Pana B.
10. Masz ulubionego bohatera książkowego/filmowego/serialowego?
      Basia z Pana Wołodyjowskiego. Mam po niej imię :)
11. Jak to się stało, że prowadzisz bloga?
      Postanowiłam, założyłam i jest :) Potrzebowałam swojego miejsca, więc sobie je stworzyłam.


Pytania od Wiolki:
1. Na słodko czy na słono?
    I na słodko i na słono. Niekoniecznie jednocześnie :)
2. Wanna czy prysznic?
    Prysznic.
3. Ubrania stonowane czy kolorowe?
    Kolorowe - zdecydowanie.
4. Pies czy kot?
    Pies.
5. Kino czy teatr?
    Jedno i drugie.
6. Pióro czy długopis?
    Pióro.
7.Szarlotka czy sernik?
   Szarlotka i sernik oczywiście :)
8.Szminka czy błyszczyk?
   Szminka.
9.Samochód czy autobus/tramwaj?
   Rower!
10.Thriller czy komedia?
     Thriller.
11. Kartka urodzinowa czy życzenia sms'em?
      Kartka urodzinowa, a najlepiej życzenia osobiście składane :) 


Pytania od Tiru-riru:

1. Czy udało Ci się spełnić jakieś marzenie z dzieciństwa?
    Nie... ale ciągle czekam na lot balonem :) 
2. Czym jest dla Ciebie rodzina; Czy masz dobre stosunki z rodzicami/ rodzeństwem?

    Rodzina jest dla mnie najważniejsza. Zrobiłabym dla nich wszystko, choć relacje między nami, jak to w         rodzinie, są różne. 
3. Jeżeli miałbyś/miałabyś odbyć podróż swojego życia, jakie miejsce na świecie byłoby celem?

    Ameryka Południowa. 
4. Co jest Twoją największą pasją/ hobby?
    patrz wyżej :) 
5. Co jest wg Ciebie podstawą dobrego związku?

    Przyjaźń, zaufanie i lojalność. 
6. Co jest wg Ciebie podstawą prawdziwej przyjaźni?

    Zrozumienie, zaufanie i lojalność.
7. Jaka jest Twoja ulubiona potrawa?

    patrz wyżej :)


Powinnam teraz nominować do zabawy 11 osób i zadać 11 pytań, ale  widzę, że większość z Was już wzięła udział w zabawie. Nominuję więc wszystkich, którzy mają ochotę. A w ramach pytań poproszę o 11 rzeczy, które sami chcielibyście nam o sobie powiedzieć :)


poniedziałek, 12 listopada 2012

238. Strach ma wielkie oczy.

Okazuje się, że sytuacje, których najbardziej się boimy, wcale straszne nie są. Strach paraliżuje, odbiera siły i chęci do działania. Nie mobilizuje, a mógłby. Nie ma się więc co bać, tylko zebrać się do kupy i robić swoje.
Popołudniowa kawa, chwila przerwy w chaotycznym dniu, a wraz ostatnim łykiem, wypoczęta i zrelaksowana, działam dalej.
(wmawiam sobie, bo ponoć siła sugestii jest ogromna :))

sobota, 10 listopada 2012

237. Napisane wczoraj.

Jadę pociągiem czytając zaległy nr WO. Lubię tak rano jeździć. Pociągi są takie ciche, zaspane i trochę tajemnicze. Pasażerowie się dobudzają, przygotowują do pracy, czytają zaległe rzeczy i nikt nikomu w życie nie zagląda. Jeszcze jakby kawą częstowali to byłoby idealnie :) Ale ja zupełnie nie o tym chciałam.

Czytam felieton Agnieszki Graff pt. "Cierpienie Was uszlachetni." Polecam, jeśli ktoś ma ochotę. Mówi o pomyśle zmiany ustawy o legalnej aborcji w naszym państwie. Ten temat przewija się w moim otoczeniu ostatnio bardzo często. A to coś przeczytam, a to z kimś porozmawiam, a to znów gdzieś w radio coś usłyszę. I bulwersuje mnie to za każdym razem, chociaż niby po takim czasie można by się uodpornić. Ja nie umiem niestety.
Co w tym takiego złego żeby kobieta mogła zdecydować sama o swoim życiu i życiu swojego dziecka także? Kościół zabrania stosowania antykoncepcji, sprzeciwia się aborcji, a za dzieci nieuleczalnie chore będzie się modlił. Hmm...
Pomijając jednak stronę kościoła, bo przecież nie wszyscy są wierzący i uznają jego naukę, to prawo powinno regulować te sprawy również. Do tej pory osobiście byłam w miarę zadowolona z tego co proponowali nam politycy. Wiadomo, że idealnej opcji nie zaoferuje nikt. Ale to co się dzieje teraz?
Podpisuję się pod ironicznym trochę felietonem Pani Agnieszki obiema rękoma i nogami nawet.
A może można by coś zrobić?

czwartek, 8 listopada 2012

236. Jestem jaka jestem...

... i nie będę za to przepraszać. No bo niby z jakiej racji?
A już na pewno nie kogoś, kto obraża się jak 5-letnie dziecko, bo nie dostało cukierka.
Nie lubię obrażalstwa.

poniedziałek, 5 listopada 2012

235. Done!

Co było do zrobienia, zrobiłam w 80%. Ale i tak jestem z siebie dumna :)
Za to ranek dzisiejszy do najlepszych nie należy. Co prawda teraz już kubek kawy postawił mnie na nogi ale humor dziś jak widok z okna... Szary i brzydki.
Mam nadzieję, że szybko minie.
Miłego tygodnia!

niedziela, 4 listopada 2012

234. Working...

Jak się ktoś cały długi weekend obijał i odpoczywał to dziś musi się wziąć i zrobić wszystko na co miał całe 4 dni.
Ja jestem takim kimś. Wyłączam więc wszelkie przeszkadzacze internetowe i biorę się do pracy.
Miłej niedzieli.

sobota, 3 listopada 2012

233. PieczeMY chleb.

Wczoraj z Panem B. wróciliśmy do domu.
Zostawiliśmy bagaże i idziemy na zakupy, bo lodówka świeci pustkami.
Ja: Zobacz co tam trzeba kupić!
Pan B: No ser, wędlinę, mleko, masło.
Ja: A chleb!
Pan B.: Może drożdże...?
Ja: ???
Pan B.: bo ten ostatni chleb co go upiekłaś był pyszny i moglibyśmy upiec jeszcze raz.
Czyli upiekliśmy... Poszliśmy razem do sklepu, a potem Pan B. zasiadł przed komputerem, a ja w kuchni piekłam chleb.
Pyszny chleb pieczeMY.
:)

piątek, 2 listopada 2012

232. Niech ktoś zatrzyma wreszcie świat...


Świat mi zaczął pędzić nie wiem dokąd znowu. Dopiero co był wrzesień, a tu już po Wszystkich Świętych (czego jakoś nie zauważyłam jakoś szczególnie w tym roku). Zaraz Boże Narodzenie, Nowy Rok... Jak to się dzieje?
Planów oczywiście bardzo dużo. Chęci jakoś ostatnio mniej. Może mimo wszystko ta jesienna depresja mnie dopada... Nieeee.
Wyjazd nad morze uważam za bardzo udany. Pogoda w sam raz. Nie za zimno, bez deszczu. A w niedziele piękne słońce, na plaży akurat :)
Odwiedziliśmy moich znajomych, do których nasza rodzina jeździła na wakacje od 40 lat. Najpierw babcia z dziadkiem, potem oni ze swoimi dziećmi. Potem tata z mamą. No i my po kolei wszyscy razem :) Nie widziałam ich chyba z 8 lat. Bardzo miłe spotkanie. Niesamowite zobaczyć miejsca, w których spędziło się połowę dzieciństwa po takiej długiej przerwie.
A teraz długi weekend. Biorę się zaraz do pracy.

czwartek, 25 października 2012

231.By the sea.

Zaczynam już dziś weekend. Co z jednej strony cieszy mnie bardzo. A z drugiej uświadamia, że czas leci jak szalony i nie ma co czekać, aż przez palce przeleci. Dopiero co był poniedziałek, a tu już czwartkowy wieczór.
Jutro z Panem B. jedziemy do Sopotu. Kupiliśmy sobie wyjazd z Okazik.pl czy innego groupona - nawet już nie wiem. Zwlekaliśmy z rezerwacją bo nie wiedzieliśmy co będzie z jego pracą itd. no i został nam najbliższy weekend. Zimno się robi, za oknem szaro - nie zachęca do pobytu nad morzem. Ale może akurat będzie dobrze...
Zresztą, co tam. Ważne, że jedziemy sobie sami i będziemy mieli czas dla siebie :)

wtorek, 23 października 2012

230. Co za dzień?!

Oj będę marudzić. Troszkę tylko co prawda, ale będę. Bo jestem zła na siebie, że nic mi się nie chce i że już od godziny, zamiast wziąć się do roboty, to ja gadam przez telefon, albo marnuję czas na fb. Strasznie to głupie jest, ale co zrobić. Samo mnie ciągnie jakoś tak. Ja się po prostu nie umiem uczyć z monitora komputera. Za dużo czynników rozpraszających.
Ciśnienie spada na łeb, na szyje. Kawa mi nie smakuje, więc nie próbuję się nawet nią ratować. Co za dużo to nie zdrowo, jak organizm nie chce, to go nie zmuszam. Tylko co tu zrobić? Spać iść nie mogę, bo do roboty za dużo i sumienie mi nie pozwoli zasnąć. Poza tym wieczór z Panem B. miałam spędzić. Ale mi się nie chce... Wole książkę poczytać, szczerze mówiąc. Przerażające.
Dzisiaj raczej dzień na nie. A wszystko przez uczelnie, która mnie wkurza już bardzo. Na stronie głównej wydziału informacja, że legitymacje załatwia się drogą mailową pod podanym adresem. To piszę. Ma zajść interakcja. Nie zachodzi. Więc piszę drugi raz. Znowu brak odzewu. Idę więc. Tylko, że nikogo nie ma w wyznaczonych godzinach, o nie wyznaczonych nawet nie wspominam. Idę drugi raz, za czas jakiś. Oczywiście pusto. Idę dziś po raz trzeci. Pan siedzi za biurkiem przy komputerze. Nie żebym coś miała do informatyków, ale kurde, no bez przesady. Najpierw dostaję zjebę (przepraszam, że tak, ale taka prawda) nie wiadomo za co. Potem pan każe czekać. To czekam. 15 minut bo on nie umie czegoś zrobić. Pan pyta z czym przyszłam więc tłumaczę. Po raz drugi. Pan mówi że się nie da, że nie można, że on nic nie poradzi. Mówię więc, że przecież on od tego jest właśnie. Na co on, że się nie da, że nie można, że on nic nie poradzi. To ja znowu, że jak nie on to kto. Więc pan znów każe czekać. Czekam, a tu się okazuje, że legitymacja moja leży w dziekanacie i czeka na odbiór tylko, że pan ZAPOMNIAŁ poinformować. Dodam tylko, że chodziło o zmianę nazwiska. Trwało to wszystko ok. 40 min. A potem się wszyscy dziwią czemu coraz mniej studentów jest.
Porażka.
No i jak tu się nie wkurzyć? A jeszcze do tego zimno, okres się zbliża akurat na weekendowy wyjazd do Sopotu, pieniądze, które miały wpłynąć na konto nie wpływają, a różni ludzie chcą ode mnie różnych dziwnych rzeczy, na które ja nie mam ochoty.
Co za dzień!!!

niedziela, 21 października 2012

229, Jesień trwa...

Przeziębienie jakoś tak paskudnie się do mnie przyczepiło i nie chce się odczepić, że już nie wiem co z nim zrobić. Gorące piwo z sokiem malinowym i ciepłe łóżko - nie ma czasu na to. Tony kolorowych tabletek - i tak nie pomogą. To co? No i tak sobie chodzę po świecie, nosem pociągam i się zachwycam kolorami naszej złotej, polskiej jesieni.
W kubku gorąca herbata z cytryną.
W kalendarzu plany już się nie mieszczą.
Aktywnie idę do przodu. Zobaczymy gdzie mnie to zaprowadzi.
Ciągle się dziwie, że ja im więcej planów i rzeczy do zrobienia mam, tym lepiej sobie radzę ze wszystkim i lepiej organizuję czas. Bo trzeba? No jakoś tak wychodzi.

Lubię reportaże. Czytam Duży Format dodawany do czwartkowej Gazety Wyborczej. Ostatni numer cały poświęcony był kryzysowi. Ludzie wyjeżdżają. Zostawiają wszystko i pędzą nie wiedząc dokąd i po co. Za to licząc na poprawę swojej sytuacji życiowej, choć to oczywiście w ogóle nie takie pewne. To nie tylko Polacy. Do nas przyjeżdżają obcokrajowcy, bo twierdzą, że u nas lepiej.
A ja się zastanawiam czytając to wszystko, czy ja bym tak umiała. Wyjechać, zostawić wszystko? Chyba nie. I znów utwierdzam się w przekonaniu, że mi dobrze tu gdzie jestem, z tym co mam.

środa, 17 października 2012

228. Cztery...

... cztery lata jesteśmy już razem. Po długim czasie zastanawiania się, przemyśleń i podchodów. W chwilach lepszych i gorszych. Od miesiąca jako małżeństwo.
Cztery lata to dużo.
A jednocześnie tak bardzo mało.

wtorek, 16 października 2012

227. Przygoda z biblioteką.

Postanowiłam się w końcu zapisać do biblioteki. Zaczęłam wypożyczać książki. I na dodatek je czytać. Zajęcie w sam raz na długie jesienne wieczoru.
Pan Ibrahim i kwiaty koranu - przeczytane zaraz po wyjściu z biblioteki.
Teraz Coco Chanel - legenda i życie. Między jednym projektem, a drugim, między jednym kolokwium a drugim i między jedną rozmową o pracę, a drugą.



   

niedziela, 14 października 2012

226. Weekend...

Przeziębienie uziemiło mnie na weekend w łóżku. Wlewając w siebie gorącą herbatę oglądałam filmy. Takie, których Pan B. raczej nie chciał by ze mną oglądać. Czyli o szeroko pojętej miłości. Nie, nie... nie komedie romantyczne. (chociaż na koniec Pretty Women sobie nie pożałowałam :)).
Przeczytałam też Wysokie Obcasy calutkie. O modelu rodziny, niestandardowych związkach.
I wiecie do jakich doszłam wniosków?
Bardzo banalnych.
Uświadomiłam sobie, że jest mi dobrze tu i teraz. I nie zamieniłabym tego co mam na nic.

sobota, 13 października 2012

225. Niezwykłe jedzenie...

Po wejściu kelner ubrany na czarno wita nas bardzo serdecznie, zabiera kurtki i sadza w poczekalni. Przy dużym stole i świeczkach. Po jakimś czasie podchodzi szef, choć to pewnie nie reguła i opowiada trochę o samej restauracji oraz o zasadach tam panujących. Dark Restaurant to jedyna w Polsce i chyba 14 na świecie restauracja, w której je się w całkowitej ciemności. Nie widać nic. Kompletnie nic. Jedynymi osobami, które widzą coś na sali są kelnerzy zaopatrzeni w noktowizory. Cała reszta jest ślepa. Pan pyta na samym początku czy nie jesteśmy na coś uczuleni i czego nie lubimy jeść. Kierując się tym, znakomici szefowie kuchni przygotowują dla nas posiłek składający się z przystawki, dania głównego i deseru. Na sali nie używa się telefonów komórkowych. Najlepiej też wyeliminować wszystko co mogłoby chociaż w znikomym stopniu dawać światło - zegarki, biżuterię, nie wiem co tam jeszcze. Trzymając kelnera za ramię wchodzimy na salę. Kelner sadza nas przy stoliku i instruuje gdzie co leży na stole. Jest serwetka, sztućce i miska z wodą do umycia rąk. Proponuje coś do picia: sok niespodzianka. Odchodzi i zostawia nas samych.
Pierwsze kilka minut jest bardzo dziwnych. Nie wiadomo właściwie co ze sobą zrobić. Ja osobiście byłam trochę sparaliżowana. Nie wiedziałam co dalej. Ale to uczucie minęło bardzo szybko. Zastąpiła je ciekawość. Zaczęłam się rozglądać dookoła, chcąc zobaczyć, kto jeszcze jest na sali, co jedzą inni - jak w normalnej restauracji. Nic oczywiście nie zobaczyłam. :) Po chwili zaczęliśmy normalnie, swobodnie rozmawiać. Organizm zaczął się przyzwyczajać.
Jedzenie... To było wyzwanie. Przynajmniej dla mnie. Jadłam rękoma, bo było najprościej. Wszystko było przepyszne. Sałatka z mieszanki sałat, z pomidorem i ogórkiem oraz zapiekanym serem camembert w sosie cytrynowym...Mmm... Jako danie główne suflet z warzywami i grzybami, na podsmażonej kapuście z imbirem, a na deser lody porzeczkowe z panna cottą waniliową i granatem. Niesamowite. Oczywiście dowiedziałam się tego dopiero na koniec, podczas rozmowy z szefem kuchni. Mogliśmy zgadywać co dla nas przygotowali i byłam bardzo dumna, że poszło nam tak dobrze :)
Cała kolacja trwała ponad dwie godziny, a ja miałam wrażenie jakby to było jakieś 20 min. Kompletnie straciłam poczucie czasu.
Niesamowite jak działają ludzkie zmysły. Wykluczając jeden, inne bardzo się wyostrzają. Ja nigdy nie przywiązywałam dużej uwagi do tego co jem. Przypraw w kuchni często używam tylko tych podstawowych. Nie sądziłam, że będę potrafiła wyczuć w potrawach tyle różnych smaków. Nieziemsko się przenikały, uzupełniały. Niesamowite. Naprawdę.
Jeśli kiedyś będziecie mieli okazję spróbować czegoś takiego to gorąco polecam.

środa, 10 października 2012

224. Dark restaurant.

Idziemy zaraz z Panem B. na kolację do Dark Restaurant.
Jedzenie w całkowitych ciemnościach... intrygujące.
Możecie o tym poczytać TUTAJ!
Ja swoje wrażenia opowiem jutro :)
Oby mi nie dali do jedzenia jakiegoś paskudztwa.

sobota, 6 października 2012

223. Weekend.

Czekałam na niego cały tydzień.
Mieliśmy go spędzić razem, najlepiej w ogóle nie wychodząc z łóżka.
Tymczasem zapowiada się, że spędzimy go każdy w innym pokoju zajęty swoimi sprawami.
Dlaczego?
Nie wiem.
Nadrobię przynajmniej zaległości z Wysokimi Obcasami i filmami może...
Hmm...

piątek, 5 października 2012

222. Dobra ciocia.

Ech... Mój młodszy kuzyn dostał się na studia. Ma zajęcia bardzo blisko mnie. Wpada czasem jak czegoś potrzebuje. A ja jak dobra ciocia mu pomagam.
I właśnie siedzę z gotowym obiadkiem i na niego czekam, bo biedaczysko głodne pewnie po całym tygodniu.
Kurde... kiedy to się stało? Ja nie chce być dobrą ciocią!!! :)

czwartek, 4 października 2012

221. Friendship

Czy przyjaciele mogą tak bardzo różnić się od siebie, że gdyby nie to, że są przyjaciółmi, nigdy w życiu by ze sobą nie rozmawiali?
Zastanawiam się nad tym po spotkaniu z przyjacielem właśnie. Był czas, kiedy dużo nas łączyło. Wspólna uczelnia, zajęcia, zainteresowania, znajomi. Zaprzyjaźniliśmy się. Mogłam na niego liczyć w każdej sytuacji. On na mnie zresztą też. Ale nasze drogi się rozeszły. Kontakt się urwał. Oboje byliśmy zajęci sobą. Zmieniliśmy się. Uczelnia się skończyła, zainteresowania zmieniły, a znajomi rozjechali na różne strony świata. Widzimy się teraz bardzo rzadko. Rozmawiamy częściej. Przez internet. I tam niby dalej jesteśmy najlepszymi przyjaciółmi. Ale jak się spotykamy nie bardzo wiemy jak się zachować. Nie mamy o czym rozmawiać. Jesteśmy spięci i zestresowani. Tak jakbyśmy się w ogóle nie znali.
Drugi przykład - moja przyjaciółka. Z uczelni. Dogadujemy się bardzo dobrze. Jesteśmy z tych samych okolic. Mamy wiele wspólnego ale też bardzo dużo nas dzieli. Gdybym poznała ją teraz nigdy pewnie byśmy się  nie zaprzyjaźniły. Może to właśnie z tego wynika. Poznane osoby w danym czasie wydają się inne niż parę lat później.

Jesień się rozgaszcza za oknem. Zamiast pięknego słońca mam ścianę deszczu. Jutro idę po kalosze chyba :)
A w jesienne wieczory będę gotować. Dostaliśmy w prezencie ślubnym thermomix. Cudo techniki po prostu. Sieka, mieli, miesza, gotuje, smaży i co tam tylko chcecie. Jak by się dobrze postarać to może HBO by odbierało. Mówię to trochę z ironią, bo takie nowości techniczne mnie jakoś nigdy nie pociągały. Gadżety, które mieć można, ale do życia potrzebne absolutnie nie są. Wszyscy ciągle zachwalali, czego to nie można tam zrobić, a ja się stale upierałam, że przecież to samo można zrobić bez niego. Zupę ugotować, ciasto zarobić. No przecież to trudne nie jest. Ale jak zaczęłam używać, bo przecież jak już jest to co się ma kurzyć, to się przekonuję, że rzeczywiście urządzenie bardzo fajne. Oszczędza czas i bałagan w kuchni :) to chyba przede wszystkim. Nie trzeba płakać przy siekaniu cebuli i trze ziemniaki na placki w 3 sekundy - to chyba moje ulubione, dotąd odkryte możliwości :) Mój entuzjazm skończy się pewnie z pierwszym rachunkiem za prąd. Póki co jednak polecam :)

A poza tym... Pan B. ma swój kryzys, mi coś łupnęło w kręgosłupie tak że ledwo się ruszam. Dni się kurczą i jakieś takie to wszystko nijakie jest.



poniedziałek, 1 października 2012

220. Kolejny etap!

Wesele kuzynki niesamowite. Zupełnie inne niż moje. Pewnie głównie dlatego, że z perspektywy gościa odbierane. Wybawiłam się jak dawno na żadnym weselu. I napiłam też, przez co niedziela do najprzyjemniejszych nie należała. Na szczęście rosołek na kaca mamunia nam ugotowała więc jakoś przebrnęliśmy. Pan B. wyleczył się z przeziębienia. Nic dziwnego. Końska dawka wódki zdezynfekowała mu tam wszystko co mogła i chłopak czuje się lepiej.
Tyle, że wyjechał. Pojechał na 3 dniowy wyjazd z pracy. A ja tu sama jak ten palec. Z jednej strony dobrze, bo lubię czasem tak sobie posiedzieć sama i robić to na co ja akurat mam ochotę :) Ale z drugiej... Już w zeszłym tygodniu dużo czasu spędziliśmy osobno i wystarczy. No cóż. Dobrze, że to tylko 3 dni. Niektórzy tak żyją w rozjazdach i mijankach. Nie umiałabym chyba, ale nigdy nie mów nigdy. Nie wiadomo co nam życie przyniesie.
Od dzisiaj zajęcia na uczelni. Praca inżynierska do napisania. Stypendium do zdobycia. I planów innych wiele. Plan mam dobry, dużo wolnego, w związku z czym daję sobie czas do końca października na znalezienie pracy co by sobie dorobić trochę. Trzymajcie kciuki mocno.
Miłego tygodnia :) n

sobota, 29 września 2012

219. Sobotnia kawka.

Myślę, że to już. Że emocje poślubne i weselne opadły. I że życie wraca do normalnego trybu.
Co cieszy. Bo męczące stały się już rozmowy kto z kim na weselu, gdzie i po co i dlaczego nie inaczej. I innych takich mnóstwo.
Wolna sobota. Pan B. przyjeżdża w południe. Biedny, przeziębiony musiał iść do pracy, a ja zamiast przy nim siedzieć i o niego dbać przyjechałam do mamy. Hmm...Ale będę dobrą żoną ;)
W perspektywie jeszcze zakupy z siostrą chyba. Wysokie Obcasy a popołudniu wesele kuzynki. Nie za bardzo chce mi się jechać, ale może to dobra opcja dla nas. Ponoć zawsze tak jest, że jak nie chce się jechać, to impreza okazuje się bardzo udana. Miejmy nadzieję... Jakoś to dziwne jest. Jeszcze niedawno siedziałyśmy obie w dresach z myszką miki i kitkach na czubku głowy w wielkiej kuchni u ciotki i biłyśmy się, która teraz będzie głaskać kota :) A teraz... Ona z prawie dwuletnim dzieckiem, jutro bierze ślub. Ja już po ślubie z planami na przyszłość w głowie. Dorosłe. Wiem jednak, że te małe dziewczynki z tamtej kuchni zostaną w nas na zawsze.
A od poniedziałku.... Ale dopiero w poniedziałek.

czwartek, 27 września 2012

218.

Fryzjer, zakupy, wino z siostrą ...
Dobrej nocy!!!

poniedziałek, 24 września 2012

217. Wschód słońca.

Może to jednak nie jest tak, że po ślubie nic się nie zmienia? Zauważyłam na przykład, że większość znajomych, którzy do nas przychodzą ma na palcu obrączki, czego wcześniej nie widziałam. I ludzie dookoła jakoś inaczej reagują. Uśmiechają się, gratulują. Pan B. jakiś taki milszy się zrobił. A w kuchni będzie wisiało kilka dodatkowych półek :)
Poza tym nie odczuwam większych zmian w swoim życiu. No nazwisko jeszcze. Nie mogę się przestawić. Ale tak naprawdę ja w ogóle nie o tym chciałam.
Wstałam o 5.30 dziś żeby jechać do USC po akt ślubu co bym mogła zacząć załatwiać zmiany dokumentów. Idąc na dworzec zatrzymałam się na chwile żeby na niebo popatrzeć. Widzieliście jakie piękne? Różowo niebieskie, rozmazane takie :) Cudowne!

czwartek, 20 września 2012

216. Pani B.

Świeżo upieczona żona Pana B., Pani B. czyli ja, oficjalnie wracam na łono blogosfery :)
Tęskniłam za tym miejscem bardzo. I za Wami wszystkimi jeszcze bardziej.
Powoli wracam do domu. Wracamy w zasadzie. I do rzeczywistości. Chociaż to nie łatwe. Dużo spraw organizacyjnych jeszcze do załatwienia. Ja muszę wymienić wszystkie dokumenty, a Pan B. wrócić do pracy i ustalić w końcu kwestię finansowania dalszego swojego doktoratu. To takie priorytety. A oprócz tego prezenty do rozpakowania i pochowania, konto w banku do otwarcia i resztki z wesela do dojedzenia i do picia.
Nie dociera do mnie jeszcze tak naprawdę co się stało.
Jestem żoną!!! I muszę przyznać, że dobrze mi z tym :)

wtorek, 18 września 2012

215. Promise!!!

No i wyszłam.
Ale do rzeczywistości jeszcze nie wróciłam.
Wrócę niebawem. Promise!!!

piątek, 14 września 2012

214. Wychodzę...

... za mąż.
Jutro.
Miałam mieć wolny tydzień, odpoczywać i się relaksować.
Mam napięty plan zajęć, latam jak z pieprzem i już zaczynam się stresować.
Trzymajcie kciuki.
Na pewno pojawię się jak już będzie po wszystkim.


wtorek, 4 września 2012

213. Czas na zmiany.

No i w zasadzie tylko tyle mam do powiedzenia.
Zmiany jak najbardziej oczekiwane i pozytywne.
Zmiany wewnętrzne, zewnętrzne i wszelakie w ogóle.
Nie ma przecież tego złego, co by na dobre nie wyszło.

niedziela, 2 września 2012

212. Bike :)

Mam najbardziej crazy rower na świecie :)










Jest mój, ma swoją historię i będzie mi służył przez długi czas. A co! :)

P.S. Właśnie sobie przypomniałam, że przygoda z rowerem miała zacząć się prawie dokładnie rok temu. A pisałam o tym tutaj. Lepiej trochę wygląda co?


sobota, 1 września 2012

211. Pierwszy taniec...

... ja w ogóle nie mam pomysłu na piosenkę. Z tańcem będziemy improwizować, żadne szkoły tańca ani nic, ale do czego tu tańczyć?
Wszelkie propozycje mile widziane :)

piątek, 31 sierpnia 2012

210. Jesień?

Za oknem leje. Szaro, zimno, brzydko. Mam nadzieje, że to przejściowe i jeszcze wrzesień się przejaśni :)
Za tydzień mam egzamin z ekonomiki. Po raz czwarty. Muszę go zdać, więc wyłączam komputer i siadam do nauki. Wrócę tu wieczorem i będę marudzić, że za mało zrobiłam, albo że mi się nie chce, albo na wiele innych rzeczy. Chociaż może nie... Zobaczymy.
P.S. Mój rozłożony rower nie wiedzieć czemu zgubił kilka potrzebnych części żeby go złożyć z powrotem. Planuję więc napad na sklep rowerowy i kolejny wieczór z rowerowymi puzzlami :)

środa, 29 sierpnia 2012

209. Niech już będzie po...

Rozsyłanie zawiadomień, odbieranie obrączek, próbne fryzury i makijaże. Z jednej strony wszystko ładnie pięknie, z drugiej chciałabym żeby już było po wszystkim :)
Jeszcze troszkę!

poniedziałek, 27 sierpnia 2012

208. Kto rano wstaje...

... ten ma długi dzień i dużo czasu :)
Postanawiamy z R. wziąć się za siebie. Mniej opierdalania się, więcej pracy i rozwoju. W końcu będziemy małżeństwem. Zdani na siebie, a nie na rodziców. Nową rodziną, która musi sobie jakoś poradzić w tym oceanie ciężkiego, dorosłego życia. No ale przecież damy radę. Pozytywnie nastawieni do życia czekamy na 15 września :)
Intensywnie ostatnio. Remont, wesele. Ale nie narzekam, bo to chyba najgorsze co można zrobić. Zamiast siedzieć i biadolić wzięłam się za robotę.Wczoraj rozkręciłam swój stary rower bo postanowiłam go wyczyścić. Brat kiedyś pomalował mi go na czerwono chcąc spełnić marzenie. Wyszło mu to jak każdemu dwunastolatkowi pierwszy kontakt z farbą i malowaniem. Ale radość sprawił mi niesamowitą. Zresztą już chyba kiedyś o tym pisałam. Czyszczę koła, opalam błotniki, wymieniam kierownicę i rower będzie jak nowy. Na dodatek jedyny w swoim rodzaju. Jak ja :)
Oprócz tego rozciągnęłam sobie w pokoju linki do suszenia prania co by nie butwiało w mieszkaniu gdzie jednak wilgoci nie udało nam się do końca wyeliminować. Suszenie na dworze nie wchodzi w grę - chyba, że rzeczy mają być szaro-czarne od sadzy. Rozwiązanie może średnie ale co zrobić. Jak się nie ma co się lubi to się lubi co się ma. Przejmować się komentarzami innych nie będę, bo po co mi to.
Szaleję z Okazikiem u kosmetyczek :) Szukam pracy i wychodzę za mąż. Tyle u mnie.
Miłego, nowego tygodnia :)

czwartek, 23 sierpnia 2012

207. No more...

Koniec z zakupami, przynajmniej do października. Wczoraj, na poprawę humoru wybrałam się na zakupy. Nie mogłam znaleźć nic dla siebie. Wiedziałam czego szukam - może to przez to. Nawet małą listę miałam zrobioną. Niestety nic nie wpadło mi w ręce. Na dodatek we wszystkich sklepach z artykułami spożywczymi, gdzie chciałam kupić sobie coś słodkiego były tak nieziemskie kolejki, że rezygnowałam bez wchodzenia do środka nawet. Wychodząc już zrezygnowana ze sklepu zobaczyłam promocję w Orsayu. I tym sposobem jestem do przodu o trzy pary spodni w cenie dwóch. Na jesień jestem przygotowana. Co nie znaczy, że chcę żeby już przyszła.
Oddaję się też przyjemnościom czysto fizycznym. Zapisałam się po raz drugi w życiu do kosmetyczki. Wcześniej wykupiłam sobie kupon z Okazika, czy czegoś. Teraz idę już wg. normalnego cennika, choć ze zniżką :) Nie wiem czemu nie wybrałam się wcześniej.
Zbliża się weekend - a z nim dużo pracy i zajęć. Muszę pojechać do domu, wybrać się do kwiaciarni i zdecydować w końcu na bukiet, umówić się z Panią żeby dogadać szczegóły wystroju sali i menu, a jeszcze domem się zająć trochę, bo rodzinka na wakacjach. No i za co się tu najpierw wziąć?
Dziś jednak robię specjalne zaproszenia ślubne dla rodziców. Organizują wesele z nami, a nawet dla nas, więc nie daliśmy im standardowych zaproszeń, gdzie w treści jest, że my z rodzicami zapraszamy. Trochę bezsensu. Nie chcieliśmy dawać wcale, ale się dopominają. Pomyślałam więc, że dostaną specjalne, jako zaproszenie nie tylko na wesele, ale i do naszego wspólnego życia. Ciekawe tylko czy mi wyjdą jak wymyśliłam.

środa, 22 sierpnia 2012

206. Wedding!

Kategorycznie zabroniłam przynoszenia komputera do sypialni i korzystania z niego w łóżku. To ma być miejsce odpoczynku i relaksu, a od komputerów aż bucha i dmucha gorącem i negatywną energią. R. siedziałby tu pewnie non stop. Ale dziś, skoro nie widzi, bo poszedł do pracy, a za oknem szaro i zimno, że nie chce się wychodzić, nagięłam trochę zasady ;)
Myślałam, że najgorsze przygotowania ślubne mam już za sobą. A tu się okazuje, że diabeł tkwi w szczegółach. (niestety, nie ominie ten temat mojego bloga, wiem, że może nie wszyscy mają ochotę czytać mojego marudzenia i dylematów na ten temat, ale muszę się wygadać. Można nie czytać :)).
Utknęłam przy wyborze bukietu ślubnego. Pomyślałam sobie - pestka, wybieram co mi się podoba i z głowy. A tu się okazuje, że musi do sukienki pasować, do zaproszeń mogłoby trochę i jeszcze dobrać do tego dekorację sali. Ech. No to tak.
Sukienkę mam taką:
Bukiet chciałam najpierw ze słoneczników. Np takie:


Ale mama z siostrą stwierdziły, że jednak nie bardzo, więc zaczęłam zastanawiać się nad wrzosami. Ale to ponoć przynosi pecha i nie można (bez komentarza). 
Teraz więc myślę nad czosnkiem: 




Podobają mi się te ostatnie :) Ale oczywiście zdecydować się nie mogę. No i bądź tu mądry. A Wy co myślicie? Będę wdzięczna za pomoc. 
Potem kiedyś jeszcze biżuteria ;)


poniedziałek, 20 sierpnia 2012

205. Done!

Prawie się wyrobiłam ze wszystkim co chciałam. Prawie, bo jutro czeka mnie jeszcze dużo pracy ale najgorsze mam chyba za sobą. Stary regał na książki i szuflady od biurka opalone i wyszlifowane. Czekają na malowanie, ale nie mam już dziś siły. Wywierciłam też dziury i powiesiłam półki, wysprzątałam łazienkę i kuchnię. Na jutro zostało porządkowanie dupereli, które nie do końca są potrzebne, ale kto wie, kiedy się przydadzą.
Nie poszłam niestety na aerobic, ale nie miałam siły. Poza tym za oknem wielka burza i może to i lepiej. Jutro może sama poćwiczę :) (jasne!!!)
Okropny był ten dzisiejszy dzień. Na dworze już bardziej gorąco chyba być nie mogło. W domu syf totalny. Na szczęście sytuacja opanowana, a powietrze trochę się ruszyło i da się oddychać.
R. ma znów swój dziwny kryzys, a ja nie umiem pomóc. Czuję się taka bezradna. I zła na siebie. Każdy kryzys jednak mija, więc czekam.
Czas na herbatę i zaległe Wysokie Obcasy.
Oooo właśnie. Może ktoś z Was ma numer w którym były przepisy Marty Gessler na wody różnego rodzaju - z ogórkiem, arbuzem i czymś jeszcze. Schowałam sobie swój w specjalne miejsce żeby te wody zrobić i teraz nie mogę go znaleźć. Będę wdzięczna za pomoc :)
P.S. Już nie ważne. Znalazłam tutaj!

204. Weekend w rozjazdach.

Tak to jest jak się nie ma własnego samochodu. Nie jestem zwolenniczką jazdy po Poznaniu samochodem, zwłaszcza teraz, jak rozkopali chyba wszystkie główne ulice i skrzyżowania, ale jak trzeba gdzieś wyjechać, a my teraz wyjeżdżamy dużo, to dobrze być w tej kwestii niezależnym.
Potrzebowaliśmy samochodu żeby dojechać na wesele do znajomych. Ślub w Poznaniu, wesele 20 km dalej. Chcieliśmy pożyczyć od siostry R. ale niestety ona gdzieś wyjeżdżała. Moja mama też na wyjeździe. Zostali rodzice eRa. Zgodzili się chętnie. Trzeba tylko było pojechać do nich pociągiem, zabrać samochód, wrócić do Poznania, pojechać na wesele, wrócić z wesela, oddać samochód i wrócić pociągiem. Do tego jeszcze kilka rund po rozkopach, bo postanowiliśmy wykorzystać środek transportu i kupiliśmy wino na wesele. Więcej jeżdżenia niż to wszystko warte. No ale mamy z głowy.
Na wesele znajomych nie chciało mi się jechać bardzo. Na dodatek w tym przypadku, nie zadziałała zasada, że im bardziej się nie chce, tym lepiej się bawisz. Na szczęście jakoś przetrwałam. Nie było też w sumie tak źle jak myślałam, że będzie. Choć po tych znajomych spodziewałam się zupełnie czegoś innego. Z opowiadań K. - pani młodej, wynikało, że to wesele to takie ą i ę będzie. Wszystko dopięte na ostatni guzik, mnóstwo atrakcji dla gości, bajery niesamowite i nie wiadomo co tam jeszcze. A tymczasem wyszło z tego standardowe, zwykłe wesele bez rewelacji. Na dodatek goście słabo się bawili, rozeszli się gdzieś po okolicy i średnio to wszystko wypadło. I nie wierzę, że to mówię, bo na weselach nie cierpię wodzirejów, ale tutaj kogoś takiego zabrakło. Zaliczyliśmy z R. ostatnie oczepiny nie łapiąc welonu czy musznika i wróciliśmy do domu. Ze znajomymi jednymi jeszcze. Więcej wyliczyłam minusów niż plusów na weselu, ogólnie jednak muszę stwierdzić, że tragedii nie było.
Teraz już tylko przygotowujemy nasze. No niestety, będzie o tym chyba częściej. Dużo wszystkiego zostało do załatwienia i tym teraz żyję. Mam nadzieję, że jakoś przeżyjecie. :)
A tymczasem dzień kurki domowej czas rozkręcić. Pranie już czeka aż je powieszę, sterta prasowania patrzy na mnie z krzesła, kurz jest do wytarcia, szuflady i regał do opalenia, meble do poustawiania, itd.,itp.
Mam nadzieję, że dziś wszystko skończymy z pomocą R. wysprzątamy i będzie gotowe.

czwartek, 16 sierpnia 2012

203. 50 wspólnych lat.

Nie wiem, czy to możliwe, żeby przeżyć tyle wspólnie z jednym mężczyzną. W zgodzie, miłości, wierności. Na dobre i złe. Nie wiem... Ale może się przekonam. O września zacznę liczyć i, nie ukrywam, chciałabym naliczyć się jak najwięcej wspólnych lat.
Ciotka R. zorganizowała sobie niesamowite lecie ślubu. Trzeba przyznać, że jak na te lata, to impreza godna podziwu. I co z tego, że starsi? I że wtorek, a nie sobota? Bo co, bo nie wypada?
Myślałam raczej, że takie lecie, to kawka, torcik, pogaduszki i do domu. A tu się zrobiło normalne wesele. Tylko, że po 50 latach. Ze wszystkimi bajerami. Było "sto lat" chyba z tysiąc razy zaśpiewane, był pociąg, i "gorzko, gorzko" też. No i szampan, tort, rosół i żurek. No i wódki hektolitry.
I mi się bardzo podobało. Mimo, że marudziłam przed wyjazdem nieziemsko. Okazało się, tak jak mówiliście, że im bardziej się nie chce, tym lepsza impreza.
No i dobrze, bo mogłam podpatrzeć co i jak i zastosować ewentualnie na swoim weselu. Rozeznałam się w kuzynach i kuzynkach, których trochę jest do ogarnięcia. No i ciotki wszystkie z wujkami. Będzie mi łatwiej na naszym weselu, które już za ... 31 dni :)
Aż uwierzyć nie mogę, że to już. Przecież ze spokojem, bo to jeszcze tyle czasu. Ale wszystko pod kontrolą. Chociaż dużo pracy i przygotowań jeszcze przed nami :) Mam jednak zamiar dopiąć wszystko na przedostatni guzik, dobrze się bawić i spędzić z R. 50 pięknych lat, a potem jeszcze więcej.

wtorek, 14 sierpnia 2012

202. Łóżkowy poranek.

Mój ulubiony. Choć nie pamiętam kiedy ostatnio tak sobie siedziałam w łóżku z kawką i komputerem w ciepłym jeszcze łóżku. Dawno temu to było. Oj dawno. A i dzisiaj nie mogę sobie pozwolić na długie wylegiwanie się. Gorący okres mamy oboje z R. Przygotowania ślubno - weselne, remont, nowa praca, a jeszcze wesele znajomych, egzaminy itd. Dużo tego, dużo. Ale jakoś dajemy radę.
Rodzeństwo i przyjaciółka wyjechali w niedzielę do domu. Spokój w domu niesamowity :) Chociaż szczerze mówiąc trochę było mi smutno jak wyjeżdżali. Przyzwyczajam się szybko. R. spędził dzień w łóżku lecząc kaca po wieczorze kawalerskim kolegi, a ja wybrałam się do Ikei po zakupy. To chyba był najgłupszy pomysł jaki mogłam wymyślić. Ludzi pełno, bo nowy tramwaj jeździ. Szok. Nie kupiłam połowy rzeczy, które kupić chciałam, ale to może nawet lepiej :)
Wczoraj natomiast zrobiłam sobie wycieczkę do domu, żeby z mamą na zakupy się wybrać. Nikt tak dobrze mi nie doradzi w sprawie ciuchów jak ona. Więc jak już na zakupy muszę iść to z nią, albo sama. Kupiłam piękną modrakową sukienkę na wesele. Do tego różowy szal, fioletowe buty i będzie dobrze chyba. Na to wesele mi się w ogóle nie chce jechać, ale nic nie zrobię. Mus to mus. Może będzie ok.
A dziś wybieramy się z R. do jego ciotki na 50-lecie ślubu. Impreza z tańcami i wódką, więc boję się trochę jak to się może skończyć. Wcześniej jeszcze zakupy jakieś więc niestety czas się zbierać.
Miłego tygodnia :)

sobota, 11 sierpnia 2012

201. Full house.

W domu od czwartku pełno ludzi. Brat,siostra, przyjaciółka. Problem z dogadaniem ma wiele osób. Co męczy i wkurza przede wszystkim mnie, bo czuję się odpowiedzialna. Tylko nie wiem czy słusznie. Przecież nie odpowiadam za nastrój ludzi dookoła.
Do tego mały remont, przemeblowanie i totalny bajzel. Ale będziemy mieli sypialnie.
Zdam relację wkrótce. Jak już wszyscy wyjadą i dadzą mi święty spokój.


wtorek, 7 sierpnia 2012

200. 5.30 - dość!!!

Wczoraj miałam przygotowaną notkę do wklejenia tutaj.
Dzisiaj napiszę tylko, że nie cierpię wstawać o 5.30.
Na szczęście to już koniec.
:)

środa, 1 sierpnia 2012

199. O braku czasu i chęci przenoszenia gór.

No dobrze. Usunęłam przed chwilą tekst marudny i nudny. Nie ma co. Nie mam na nic czasu, bo nadrabiam praktyki. Zostały mi jeszcze dwa dni. Jest gorąco, muszę wstać wcześnie rano, ale to nic. Nie ma co narzekać. Sama sobie profesję ogrodnika przecież wybrałam.
Uczę się teraz godzić ze sobą wiele rzeczy i póki co idzie mi średnio, ale mam nadzieję, że to tylko kwestia czasu.
W głowie ciągle milion pomysłów. Z realizacją już gorzej. Ale walczę.
Obiecuję poprawę i częstość moich wizyt tutaj.
Miłego wieczoru!

środa, 25 lipca 2012

198. O wyprawie na Mazury, ciągłym bujaniu i wystawionym barku.

Odespałam tylko trochę. Wczoraj R. zwichnął sobie bark. Poślizgnął się chłopak w wannie i niefortunnie oparł się na ręce, którą już kilka razy miał uszkodzoną. Pół nocy spędziliśmy na pogotowiu. Ale po kolei. Mazury...
Wyjazd zaplanowany był już jakieś pół roku wcześniej. A może nawet więcej. Zaproponowali nam go znajomi R. z uczelni. Para.K i A. Sympatyczni. Do wyjść na piwko nadają się całkiem nieźle. Niestety na wspólne wyjazdy, jak się okazało na wcześniejszym wyjeździe na narty, kiepsko. Niby wszystko w porządku, ale jesteśmy z dwóch różnych bajek. Inne zainteresowania, przyzwyczajenia i podejście do wielu rzeczy. Zresztą pisałam o tym wcześniej przy okazji wylewania z siebie moich obaw co do wyjazdu. Zastanawialiśmy się czy się jakoś nie wykręcić. Byliśmy blisko, ale jakoś nam było głupio tak w ostatniej chwili, więc pojechaliśmy. Ze strachem i obietnicą, że będziemy się nawzajem wspierać, wsiedliśmy do samochodu z wujkiem K. Doświadczony żeglarz - jedyny w załodze :) O 7.00 zapodał szanty w samochodzie i tak przez osiem bitych godzin drogi. Jakoś przeżyliśmy. Choć jak na pierwszy raz to dziękuję, mam dość.
Dojechaliśmy do Rucianych, skąd wypożyczaliśmy łódkę, zrobiliśmy zakupy na kilka najbliższych dni, znaleźliśmy resztę ekipy, bo jachtów wszystkich pływało 5, po czym ruszyliśmy na wodę.
Każdy dzień teoretycznie wyglądał tak samo. Pobudka jak nam się udało. Poranna kąpiel w jeziorze, mycie włosów, pranie ciuchów. Potem śniadanie. Na łódce albo w lesie. W zależności od pogody, z którą bywało różnie. Wypływaliśmy koło 10.00. Pływaliśmy sobie do obiadu. Potem przybijaliśmy do jakiejś przystani gdzie uzupełnialiśmy zapasy wody, wyrzucaliśmy śmieci, zmywaliśmy naczynia i gotowaliśmy obiad. Czasem trafił się też prysznic z ciepłą wodą i toaletą. Ale ponieważ za wszystko trzeba było dodatkowo płacić to nie szaleliśmy z luksusami. Dopiero jak pogoda się zepsuła i było tak zimno, że kąpiel w jeziorze była aktem masochizmu. Płynęliśmy dalej po obiedzie, do miejsc noclegowych zaplanowanych przez resztę ekipy. Cudowne miejsca. Las, albo jakaś wyspa. Przybijaliśmy do brzegu, jedliśmy kolację, suszyliśmy rzeczy, a potem wszyscy zbierali się przy ognisku z gitarami, bębnami i wódką oczywiście. Z czego można zrobić nalewki to nie macie pojęcia. Wiśniówki, malinówki, cytrynówki, miodówki to standardy są. Ale na przykład nalewka z kwiatów akacji, magnolii, liści buku, igieł sosny, aloesu i innych cudów to już wyższa szkoła jazdy. A wszystkie pyszne :) Wątroba jednak teraz potrzebuje wypoczynku. I to solidnego.
I tak nam mijały dni aż dobiliśmy w sobotę do mariny, oddaliśmy łódkę i trzeba było wracać do domu.
Nie obyło się jednak bez przygód.
Na przykład wizyta w hotelu Gołębiewskim. Wszyscy bardzo chwalili przystań przy hotelu. Miała co prawda kosztować trochę więcej niż zwykła ale za to w pakiecie miał być darmowy prysznic i toaleta. Do tego jeszcze basen i SPA. Jak okazało się na miejscu wszystko to gówno prawda. Prysznice dodatkowo płatne, na dodatek nie czynne. Toalety zapchane. W męskim ze ściany nie wiedzieć czemu leje się woda. Na podłodze błoto (przynajmniej taką mamy nadzieję). Basen i SPA płatne też dodatkowo oczywiście. 35 zł od osoby za 1,5 h. Ale dają ciepły ręcznik do wytarcia. Czy to nie wspaniałe. Zrezygnowaliśmy. A pod prysznic poszliśmy na pole namiotowe do jakiejś pani. Gołębiewski przegrał niestety. Na całej linii. Uciekliśmy rano, co by nam nie skasowali za cumowanie w tym syfie.
Inna przygoda - złamana noga naszego sternika. Biedak szedł do lasu się wysikać i poślizgnął się na pniu. Złamał kość piszczelową. Nie byłoby to takie straszne, gdyby nie to że gość miał 10 lat temu poważny wypadek i nogi połamane w 30 miejscach. 10 lat życia poświęcił na to żeby chodzić, a tu taki pech. Przeprowadziliśmy akcję ratunkową, przypłynęło pogotowie i zabrali go do szpitala. Niestety noga do zespolenia. Powrót do domu okazał się przez to dużo trudniejszy niż myśleliśmy że będzie. Na szczęście znajomi zabrali mnie do jednego samochodu, R. do drugiego i jakoś przyjechaliśmy.
Cudowny to był wyjazd. Naprawdę. Byłoby czego żałować gdybyśmy zrezygnowali. Poznaliśmy bardzo fajnych ludzi. Spędziliśmy miły tydzień. A R. tak się wciągnął, że będzie robił patent żeglarza :)
Po wyjściu na ląd jednak ciągle trochę buja. Stojąc prosto mam wrażenie, że ciągle jestem na łódce. Błędnik się tak przestawił. Mówią, że to minie, ale kiedy...
A poślizg tego posta spowodowany był wypadkiem R. Poślizgnął się chłopak pod prysznicem i pół nocy spędziliśmy w szpitalu na pogotowiu. Stąd odespać musiałam jeszcze jedną noc. Na szczęście poskładali go tam dobrze i do wesela się zagoi. Mam nadzieję przynajmniej.




niedziela, 22 lipca 2012

197. O wyprawie na Mazury :)

... o wyprawie na Mazury napiszę jutro. Jak już się porządnie wyśpię :)

środa, 11 lipca 2012

196. O porządku na biurku, deszczu i zakupach.

Nie sądziłam, że to będzie takie trudne. Nie wydawało się na pierwszy rzut oka. Zabrało sporo czasu. Ale w końcu się udało. Odgruzowałam biurko. Starłam kurz, wyrzuciłam śmieci, ułożyłam duperele i nagle zrobiło się niesamowicie dużo miejsca na nim. Komputer mogę postawić i kubek z kawą i tysiąc rzeczy, które już powoli przygotowuję do spakowania (po mamie to mam; ona jest spakowana zawsze trzy dni przed wyjazdem) i jeszcze jakieś wolne miejsce się znajdzie. Wielkie to biurko bez bałaganu :)
Za porządki zabierałam się już od jakiegoś czasu. I jak ta sójka za morze wybrać się nie może tak ja za porządek też. Zmotywowały mnie jednak dzisiejsze zakupy. Ruszyłam się w końcu z domu i połaziłam po sklepach. Potrzebowałam kilku rzeczy na wyjazd. Chodziłam po tych sklepach tam i z powrotem. Wszędzie przeceny, wszędzie pełno ludzi więc się tylko wkurzyłam. Kupiłam owszem sandałki, na które się już jakiś czas czaiłam ale na tym się skończyło. Ponieważ jednak pogoda sprzyjająca była pomyślałam sobie, że po co wracać do domu skoro mogę na spacer. Chodziłam sobie po Starym Rynku aż nagle zaczęło lać. Oberwanie chmury jakieś, czy coś. Burza z piorunami, ulewa. Schowałam się w sklepie z tkaninami. No, a że padało długo to trochę pieniędzy tam zostawiłam. A to ładne, a tamto jeszcze bardziej, a to na spódniczkę, a to na bluzeczkę. I jakoś tak się stało, że wyszłam z trzema materiałami. Uszyję sobie bluzeczki na te łódki co na nie jedziemy. Co by się ładnie opalić :) (moja próżność się tu odezwała).
Same z tego korzyści. Zajęcie będę miała, bluzeczki, deszcz przeczekałam i porządek na biurku zrobiłam. Cieszę się więc i biorę do pracy :)

wtorek, 10 lipca 2012

195. O niezauważonej rocznicy, postanowieniach i przeziębieniu latem.

Jak można przeziębić się w trzydziesto-stopniowy upał to ja naprawdę nie wiem. Ale wiem, że można, bo siedzę sobie właśnie zakatarzona, z opuchniętymi oczami i jakaś taka bezwładna. I nie, na pewno nie jest to alergia. Może zimne piwo? Albo przeciągi? Nie wiem. Pojęcia nie mam jak to się mogło stać. Zazwyczaj choruję raz w roku. Zimą jakoś. Siedzę wtedy w łóżku. Grzeję się czym mogę i piję grzane piwo z sokiem malinowym. Ale żeby latem? I jeszcze może powinnam pić gorącą herbatę z cytryną i miodem i siedzieć w łóżku? No właśnie... a jak w zasadzie leczy się przeziębienie latem? :)

Nie zauważyłam w ogóle, że mojemu blogowi stuknął roczek. I to dawno temu, bo w maju. Niektórzy robią jakieś tam notki urodzinowe, torty, imprezy, a ja... Nic. Wstyd!!! Eeee nie... Blogów miałam już kilka. Żaden nie przetrwał roku. Stąd pewnie, nie spodziewając się, że ten przetrwa, nie zwróciłam uwagi kiedy ten rok minął.
Nie wiem trochę, jak obchodzić urodziny bloga. Jakieś postanowienia powinnam zrobić? Podsumować coś? Eee, nie. Jest jak jest. Minął rok. Mijać będą kolejne. Blog będzie trwał. Jest dla mnie ważny. Choć może banalny, to dla mnie ważny.  Chowam się w nim gdy jest mi źle i smutno. Cieszę się tu swoimi małymi radościami i sukcesami. Poznaję inne światy. I cieszę się, że to jest możliwe.
Zatem postanowień i podsumowań nie będzie.
Życzę sobie tylko, żeby to trwało i rozwijało się jak najdłużej.
:)

środa, 4 lipca 2012

194. Przesadzanie to mój zawód :)

Wczoraj spotkałam się z koleżanką. Poznałyśmy się przez R., bo razem studiowali, a jej narzeczony jest R. najlepszym kolegą. Widujemy się od czasu do czasu. Kiedyś częściej. Ale zaczęłyśmy się trochę mijać. Jesteśmy zupełnie różne. Lubimy inne rzeczy, mamy różny styl, inne przyzwyczajenia, potrzeby i podejście do życia. Zaczęłam się zastanawiać nawet czy w ogóle nas coś łączy. I to już jakiś czas temu. Ale R. mi zwrócił uwagę, że przesadzam.....
Za tydzień mamy jechać razem na wakacje. Chciałam więc ustalić co i jak spakować, jak dzielimy koszty itd., itp. Oprócz tematu wakacji nie miałyśmy o czym rozmawiać. Zupełnie. O ślubie - oni mają w sierpniu, my we wrześniu, więc możemy porównywać przygotowania. Co też nie do końca się sprawdza, bo w tym temacie akurat ona mocno przesadza. Tipsy, kurs tańca, 10 próbek zaproszeń, osiemnaście wersji rozsadzenia gości przy stole i tysiąc awantur o wystrój sali i kościoła. A ja... zaproszenia wybrałam pierwsze, które wpadły mi w oko. Kurs tańca robimy sobie sami z butelką wina w pokoju :) Tipsy - nie dziękuję. Jakoś się rozmijamy. I najgorsza jest jej mina jak coś opowiada i planuje, a ja wtrącam jej się w środek zdania i mówię, że to głupie albo brzydkie, a potem okazuje się, że jej się to podoba. Bo z wyczuciem to ja akurat nie przesadzam.
Chociaż przesadzić można ze wszystkim.
Ja na przykład ostatnio przesadzam z zimnym piwem. I teraz boli mnie gardło :) Albo z serialami. Wciągam się i zamiast dawkować sobie przyjemności, to ja siedzę i jeden za drugim oglądam. Z marudzeniem też przesadzam czasem. No bo co - jestem po operacji. To nie było wyrwanie zęba. Musi trochę boleć. Ale ja nie... ja to bym chciała już.
Na szczęście - przynajmniej mam taką nadzieję, przesadzam w granicach rozsądku. Jak to baba :) Nie za dużo i nie za mało. Tak w sam raz :)
No i przecież jestem ogrodnikiem :)

poniedziałek, 2 lipca 2012

193. Home alone!

Siedzenie w domu przestaje mi się podobać. Ile można? Wiem, że na nogę muszę jeszcze uważać, że dużo powinnam odpoczywać, że nie przeciążać itd. Ale bez przesady. Pierwszy tydzień nawet mi się podobał, ale mam już dość.
Bezczynność mnie dobija. Czytanie książek, oglądanie filmów i malowanie paznokci to jednak nie są zajęcia, na dłuższy czas. W związku z tym w głowie powstało mi kilka projektów, którymi chcę się teraz zająć. Czas ruszyć tyłek z kanapy.

niedziela, 1 lipca 2012

192. Koniec Euro...

... ostatni mecz. Finał.
A mi w zamrażarce zamarzło piwo...
Szlag by to trafił.
:)

piątek, 29 czerwca 2012

191. Paw nie domowy...

Rozmawiam z "przyjacielem":
On: Co to był wczoraj za humor?
Ja: Aaa... nic takiego, zwyczajna babska chandra. Już przeszło...
On: Czyli co?
Ja: No nic... że gruba, że brzydka, że kura domowa...
On: Przestań... Jesteś piękna, szczupła i jesteś pawiem nie domowym.
Ja: :)

No i chandra przeszła. Dziękuję :)
Dzień należy do mnie. Tylko i wyłącznie. A co se nie mam, jak se mogę :)
Szkoda, że Niemcy wczoraj przegrali.

Tańczę sobie :)


wtorek, 26 czerwca 2012

190. Million thoughts...

Wieczorna kawa to nie zawsze jest dobry pomysł. Dziś wyjątkowo nie był. Chciałam przestać pierwszą jesienną chandrę tego lata ale chyba nic z tego nie wyjdzie.
Zabunkrowałam się więc w łóżku z komputerem i tak przewalam się z jednego internetowego kąta w drugi. (jakbym cały dzień robiła coś innego...)
Czytam, przeglądam, myślę, wyciągam wnioski. Postanawiam, żeby potem z postanowień się wykręcić. Planuję, po to żeby plany zmienić. Chcę i nie chcę jednocześnie.



I tak sobie słucham.
I się zastanawiam czy bym chciała cofnąć czas? 
I co bym zrobiła gdyby to było możliwe?



189.

Całkowity brak energii i chęci na cokolwiek. Przez pogodę?

niedziela, 24 czerwca 2012

188. Laba :)

Niedzielne przedpołudnie spędzam sobie spokojnie w domu. Słucham muzyki, piję kawkę, oglądam serial... Kąpiel, maseczka, malowanie paznokci :) Po szpitalu jakaś się taka rozlazła zrobiłam. Czas się wziąć w garść i o siebie zadbać. Dobrze mi to zrobiło. Zwłaszcza, że okres dość nerwowy teraz mam i nie bardzo mogę coś z tym zrobić. Czekając więc na rozwiązanie wielu spraw wypełniam sobie czas jakimiś nie skomplikowanymi czynnościami, które nie wymagają ode mnie specjalnie ciężkich procesów myślowych.
Pogoda piękna się zrobiła. Może książka w parku... Na rower chyba jeszcze za wcześnie z moją nogą. Chociaż w zasadzie nie wiem, bo nikt mi nie powiedział co mi wolno, a czego nie. Niedługo idę na wizytę kontrolną. A potem wyjazd na mazury... A potem będę rozglądać się za pracą. Już nawet zaczęłam. Znalazłam bardzo ciekawe ogłoszenie i już chciałam wysyłać papiery, ale kawałek dalej znalazłam ogłoszenie, w którym ostrzegają przed tą ofertą. Że to ponoć banda oszustów, która życzy sobie skan dowodu osobistego a potem na to bierze kredyty czy coś. I zamiast pracy dostajesz długi do spłacenia i sprawę w sądzie. Nie wiem czy to jest możliwe czy nie, w każdym razie szukam dalej.
Jeszcze tylko tydzień i mój współlokator się wyprowadza :) Czekałam na ten dzień bardzo długo. Nareszcie nadszedł :) Nie spodziewam się, że wyprowadzając się po sobie posprząta. Raczej zostawi jeszcze większy bajzel niż ma teraz. Jednak postanowiłam się jakoś specjalnie nie przejąć tylko cieszyć się, że wreszcie się stąd wynosi. Będziemy mieli z R. całe mieszkanie dla siebie. Sypialnie sobie urządzimy :) I wreszcie kupię dywaniki do łazienki, bo już mi ich nikt nie zniszczy :) I będę miała pachnące, wywietrzone mieszkanie a nie tylko jego część, a resztę zakurzoną i śmierdzącą. To znów kolejny etap mojego dorosłego życia. Robi się poważnie :)
Miłego niedzielnego popołudnia życzę sobie i Wam :)

poniedziałek, 18 czerwca 2012

187. Pozytywów koniec.

Bo co za dużo to nie zdrowo. Do tej pory wszystko układało się bardzo dobrze. Widać zbyt dobrze. Wróciłam wczoraj wieczorem do Poznania. Do domu. Z R. niestety się minęłam. Dostał telefon od rodziców, że jest pilnie potrzebny w domu. Przez wieś w ciągu dziesięciu minut przeszło wielkie gradobicie z huraganem. Niszczyło wszystko co miało na drodze. Drzewa połamane albo poprzewracane, dachy pozrywane, okna powpychane do domów. Z ogrodu nie zostało prawie nic. Wielkie, ciężkie, metalowe drzwi od wiaty powyginane. Tragedia. Musiał biedny jechać pomóc ratować co się da i zabezpieczać dom, bo niestety burz zapowiadają na ten tydzień więcej. Dwa dni spędził łatając z innymi dziury w dachu, tnąc gałęzie i wywożąc gruz. Wrócił jakieś dwie godziny temu. Co dalej... Naprawy będą kosztowały sporo. Nie wiadomo więc czy wystarczy na wesele. Może będzie trzeba wszystko odwołać i zrobić tylko mały skromny ślub dla rodziny.
Do tego wszystkiego jeszcze jaja na uczelni ze starym profesorem co to dla przyjemności własnej wysłał 30 osób na egzamin komisyjny. W tym mnie niestety. Kiedy, co i jak oczywiście nie wiadomo, bo po co to się spinać.
Nie lubię poniedziałków...


piątek, 15 czerwca 2012

186. Pozytywnie!


Wieczór wczorajszy minął pod znakiem plotek i ploteczek z bardzo dobrą koleżanką (przyjaciółką?). Specjalnie na jej przyjście upiekłam tartę z truskawkami i budyniem :) Wyglądała pięknie. Niestety przy wyciąganiu się rozwaliła. Na szczęście smak pozostał :) 
Cieszę się, że przyszła. Widzimy się rzadko, ale jak już się spotykamy to trwa to trochę bo do omówienia mamy zawsze dużo tematów. Uciekł mi więc mecz Niemcy-Holandia ale co tam :)

A dziś od rana same rozrywki. Mama wystraszona już od dłuższego czasu, że mam zespół jakiś tam zapisała mnie na wizytę do reumatologa. Za oknem leje, moja noga jeszcze nie gotowa na pokonywanie dalekich dystansów, więc zadzwoniłam po taksówkę. Jadąc przez miasto postanowiłam sobie z panem porozmawiać, co mi się zbyt często nie zdarza. No ale o czym tu? No albo pogoda albo euro. Wybrałam pogodę myśląc sobie, że pewnie euro ma już facet dosyć. Okazało się, że nie trafiłam. Całą drogę opowiadał jak to nie lubi tematu pogody, a jeszcze bardziej jak mu ludzie mówią, że to przez niego. Potem w temat włączyła się jednak piłka i tym sposobem nie musiałam się już więcej odzywać. Dowiózł mnie na miejsce i czekam w kolejce do gabinetu. Z babciami i dziadkami różnej maści. I każdy z nich oczywiście wie co jest innym i że w zasadzie mogli nie przychodzić. A bitwa o kolejkę... Kto przed kim i dlaczego akurat tak :) A teraz wspólna krzyżówka. Dzień zapowiada się dobrze. Popołudniu próbna fryzura ślubna, mierzenie sukni, wybieranie tapet i kawka z koleżanką. Muszę drugą tartę upiec, bo z tej wczorajszej niestety za dużo nie zostało. Chyba będzie z powidłami i migdałami. Ale może zapytam jeszcze w kolejce co o tym myślą. Rad dostałabym pewnie z tysiąc.

Wszystim Wam życzę takiego pozytywnego dnia jak mój.

P.S. Post dodany z opóźnieniem jednego dnia. Pisałam w telefonie ale żeby wkleić to tutaj już nie mogłam się zabrać. Tarta z powidłami zjedzona jeszcze szybciej niż ta z truskawkami. Fryzura próbna nie tak rewelacyjna jak myślałam ale też źle nie było. Suknia przymierzona. Wszystko z nią w porządku. Ostatnia przymiarka kilka dni przed ślubem i trwać będzie dwie godziny. Jak to wytrzymam jeszcze nie wiem ale zobaczymy. Kawka z koleżanką bardzo pozytywnie.
A dziś mamy już piątek. Pierwszy raz od operacji wyszłam do sklepu z bratem, a za dwa dni wracam do R. do domu - już nie mogę się doczekać!!!

wtorek, 12 czerwca 2012

185. Spotkania.

Czasem mam wrażenie, że ludzie spotykają się ze sobą nie dlatego, że mają na to ochotę, że chcą razem spędzić czas, tylko dlatego, że wypada. Tak trochę na siłę. Zawsze z konkretnego powodu. A nie lepiej by było być szczerym? Jeśli nie masz ochoty się z kimś zobaczyć, to się z nim nie umawiaj. Tyle. Proste to przecież.
Myślę trochę o tym po spotkaniu ze swoją siostrą. Zresztą po każdym jednym. Nie jesteśmy najlepszymi przyjaciółkami z amerykańskiego filmu. I pewnie nigdy nie będziemy. Rzadko spotykamy się same. A jak już nam się uda, to mam wrażenie, że to też jest takie trochę wymuszone. Chwilę porozmawiamy o znajomych wspólnych mniej lub bardziej, po czym ona zawsze dzwoni do brata albo włącza komputer. Trochę mi przykro z tego powodu.

Noga wraca do zdrowia. Co prawda jestem jeszcze słaba bardzo. Wczoraj jechałam z koleżanką do Poznania na egzamin. Po powrocie byłam w stanie się tylko położyć i spać. Dzisiaj już lepiej trochę. Rano byłam w szpitalu żeby wyciągnąć szwy. Trochę może wcześnie - to dopiero tydzień, ale tak kazał mi pan dr., który dzisiaj stwierdził, że skoro kazał, to widocznie miał w tym jakąś myśl. Niestety nie pamiętał jaką :)

Cieszę się dzisiejszym dniem. Odpoczywam i koniec. Potrzebuję odpoczynku.

piątek, 8 czerwca 2012

184. Po i przed wszystkim.

Ze szpitala wróciłam cała i zdrowa. Ogólne samopoczucie oceniam na bardzo dobre. Operacja się udała i wszystko dobrze się skończyło. Jestem w domu od wczoraj, najszczęśliwsza na świecie, najbardziej z tego, że mogę sama chodzić do toalety (jakkolwiek banalne się to wydaje).

A teraz zasiadłam przed telewizorem z kuflem piwa i tabletkami przeciwbólowymi i mam nadzieję, że za dwie godziny nie będę musiała śpiewać: "Nic się nie stało, Polacy, nic się nie stało..."
Zaczynamy Euro!!!

poniedziałek, 4 czerwca 2012

183. Wsparcie!

Trzymajcie kciuki. Idę zaraz na oddział chirurgiczny. Wracam w czwartek bez jednej żyły :)

poniedziałek, 28 maja 2012

182.

Zaczynam za chwilę ostatni tydzień praktyk. Potem obiecuję przestać tak bardzo zaniedbywać blogi Wasze i Mój.
Miłego tygodnia.
:)

czwartek, 24 maja 2012

181. Coffee time...

W moim domu przez ostatnie dwa dni nie było ani grama kawy...

poniedziałek, 21 maja 2012

180. Będę pedałować :)

Od jutra wyjeżdżam na poznańskie drogi rowerem. Autobusy i tramwaje stojące w korkach żegnam ozięble i przesiadam się na mój jednoślad wygrzebany z piwnicy.
Czaiłam się co prawda na zakup nowego roweru - holenderki takiej starej co to teraz modne bardzo jest, ale ponieważ wycieczka na zakupy skończyła się mandatem postanowiłam póki co zrezygnować. Praktykuję nadal, organizuję ślub i wesele nadal, przygotowuję się na pójście do szpitala nadal. Jak widać, wszystko bez większych zmian.

sobota, 19 maja 2012

179. Weekend w domu...

Dawno nie byłam. Oj dawno. Zdarzały mi się owszem małe eskapady z Poznania ale zazwyczaj tylko po to żeby zabrać kilka potrzebnych rzeczy, a nie posiedzieć z rodziną. Dziś jest właśnie taki wyjazd rodzinny, chociaż też nie do końca. Przede wszystkim jadę pozałatwiać kilka spraw ważnych. Potem będę z babcią lepić pierogi. Musiałam  się poświęcić bo inaczej babcia przyszłaby w dzień matki i zamiast wolnego weekendu mielibyśmy rozpierduchę. Chciałabym też stanik kupić, a ponieważ sama nie umiem tego zrobić (chociaż może umiem... nie wiem) to wykorzystam pobyt w domu i pójdę z mamą do naszego ulubionego sklepu i ulubionej Pani, która doradzi jak nikt :)  A wieczorem jadę z R. do koleżanki mojej. Poznać jej chłopaka i tak sobie posiedzieć. I chociaż widzę się z nią codziennie to jednak bardzo cieszę się na ten wyjazd.
I tak to tutaj wszystko bez ładu i składu zostawiając idę nalać sobie kubek kawy i zabieram się za prasowanie sterty ciuchów co to urosła nie wiem kiedy.
Miłego weekendu.

piątek, 18 maja 2012

czwartek, 17 maja 2012

177.

Gdzie ten czas tak leci jak głupi???

niedziela, 13 maja 2012

176.

Wstałam dziś z uśmiechem na twarzy o 6.30. Pewnie przez to, że wczoraj, po całym dniu nic nie robienia, poszłam spać o 21.30. R. w pracy, to co miałam sama siedzieć. Dawno się tak nie opierdalałam. Przewalałam się z kąta w kąt i przełączałam tylko kolejne odcinki serialu albo zmieniałam filmy. Ale to może dobrze. Widać było mi to potrzebne. Czuję się dziś bardzo dobrze mimo tego chłodu i wiatru na dworze.
Jakaś taka pozytywna energia we mnie wstąpiła :) A ponieważ potrzebuję jej teraz dużo, to bardzo się z tego cieszę.
Dzisiaj mija rok od naszych zaręczyn :) Nie wiem w ogóle kiedy to się stało. Cały czas powtarzałam, że jeszcze tyle czasu do ślubu mam i ze spokojem sobie wszystko zdążę zrobić. I nagle zrobiła się połowa maja. Zostały mi raptem cztery miesiące. Trzeba się brać ostro do roboty. Ale nie martwcie się. Nie zrobię z tego bloga forum ślubnego ani poradnictwa. Mnie samą męczy ten temat więc Was oszczędzę :)

No i jeszcze wyróżnienie. Dostałam od Wiolki :) Za co oczywiście jestem bardzo wdzięczna. To moje pierwsze wyróżnienie. Cieszę się z tego bardzo. Znaczy, że jednak coś tam w tym moim blogu przyciąga uwagę. To dobrze. Dobrze, że nie jest to tylko pisanie dla pisania. Bo nie miało tak być.



I tutaj lista blogów wyróżnionych przeze mnie. Kolejność przypadkowa...

Każdy z wyżej wymienionych blogów cenię i lubię za coś innego. Przede wszystkim za indywidualny charakter. Za prawdziwość (jest takie słowo?), swobodę i po prostu za to że jest. Mam nadzieję, że przyjmiecie wyróżnienie ode mnie. 
Piszcie dalej i pozwólcie mi się odwiedzać :) 

sobota, 12 maja 2012

175. Wszystko na swoim miejscu!

Czuję się dobrze. Z tym co mam. Tu gdzie jestem. Z tym z kim jestem.
Nie chcę niczego zmieniać.
Nie muszę niczego zmieniać.
Ani szukać.
Bo wszystko jest na swoim miejscu.

niedziela, 6 maja 2012

174. Praktyk tydzień kolejny...

Jutro znowu wyjazd na praktyki. Przede mną cały tydzień przycinania jabłonek. No cóż... Trening czyni mistrza :) Jeszcze nie wyjechałam, a już myślę sobie o pysznej kawie, którą wypiję po powrocie, po tygodniu picia rozpuszczalnej lury... Czegoś muszę się trzymać.
Miłego tygodnia :)

sobota, 5 maja 2012

piątek, 4 maja 2012

172. Trzeba wstać z kanapy i zacząć działać.

Przeżarta po długim weekendzie u teściów, wczorajszy wieczór postanowiłam spędzić z lekturą. Kupiłam sobie jubileuszowy numer zwierciadła. Temat miesiąca: miłość i pieniądze. I nie chodzi w ogóle o zarabianie milionów  w grupowych orgiach erotycznych. Piszą o tym, że praca będzie przynosiła radość, satysfakcję i większe pieniądze jeśli będzie naszą pasją. Ktoś mówi, że każdy człowiek ma jakiś talent, coś w czym nigdzie nie znajdzie sobie równego. I że naszym zadaniem jest odkrycie i wykorzystanie tego talentu.... To miejsce, w którym się załamuję... Dalej, że tak naprawdę trzeba po prostu wstać z kanapy i zacząć działać. Ale jak działać, jak nie wiadomo, od czego zacząć i w którym kierunku iść? Wniosek z tego taki, że jestem w czarnej dupie...
Dostaję jednak od R. piękną bułeczkę na śniadanie, uśmiecham się i myślę, że może nie jest ze mną tak źle. Dzisiejszy dzień minie mi pod znakiem relaksu. Czytanie, słuchanie muzyki, fryzjer, wycieczka rowerowa jeśli pogoda pozwoli, zdjęcia i będzie mi  z tym bardzo dobrze. Może moje wstanie z kanapy zaowocuje czymś pozytywnym...

wtorek, 1 maja 2012

171. A jednak kura domowa :)

Jak mi jeszcze raz ktoś powie, że zakupy to idealny sposób na relaks i odpoczynek to mu powiem co myślę.
Wczoraj cały dzień spędziłam na poszukiwaniu butów letnich dla siebie. Jakichkolwiek. Z sandałów zrezygnowałam już na samym początku. Bo jak już są to strasznie drogie. Ale zazwyczaj to jednak nie ma ładnych sandałów, które chciałabym sobie kupić. Zamiast więc relaksu wróciłam do domu wieczorem umordowana i zniechęcona. Kupiłam trampki i sandały w końcu, ale jeszcze nie wiem czy ich czasem nie oddam.
Większy relaks mam dziś od rana biegając ze szmatą, gotując czy robiąc pranie. Taka to oto jest ze mnie rasowa kura domowa. No i cóż zrobić :)

poniedziałek, 30 kwietnia 2012

170. Relaks...

Kawa w łóżku, za oknem śpiewające ptaki, w głośnikach nowa płyta Norah Jones. I tak chcę spędzić dziś większą część dnia :) Odpoczynek uważam za uzasadniony po dwóch tygodniach praktyk i ciężkiej pracy od 7.00 do 15.00. Jeszcze 5 takich tygodni przede mną więc muszę zbierać siły :) Tak sobie to tłumaczę, co by mnie wyrzuty sumienia nie zjadły w tym łóżku.
Tak naprawdę nie jestem jakoś bardzo zmęczona tymi praktykami. Myślałam, że będzie gorzej. Że mój kręgosłup nie wytrzyma ciągłej, intensywnej pracy fizycznej. A tu proszę. Wszystko pod kontrolą i radzę sobie dosyć dobrze. Praca ogrodnika nie jest wcale taka zła. Nie jest łatwa, jak się wszystkim wydaje, że ogrodnik to tu coś wysieje, tam coś podleje i już. Ale nie jest też tak ciężka jak wmawiają nam na studiach. Nie wiadomo dlaczego w zasadzie.
Bałam się bardzo tego okresu. Że nie dam rady fizycznie właśnie. Że z R. nie będę się za dużo widziała, bo praktyki są poza Poznaniem i muszę tam nocować. Że z ludźmi z grupy się nie dogadam. Niepotrzebnie. To jest bardzo dobry czas. Z R. rozłąka dobrze nam robi. Odpoczywamy od siebie w ciągu tygodnia, żeby potem nacieszyć się sobą w weekend. Poza tym to nie takie straszne. Niektórzy żyją tak normalnie i też dają sobie radę. Praca fizyczna jak już mówiłam, nie jest wcale taka zła dla mojego kręgosłupa. A ludzie...
Niektórych myślałam, że już znam i teraz okazuje się, że bardzo się myliłam. Innych poznaję dopiero. Jeszcze innych, których oceniłam po pozorach może powinnam przeprosić, bo przy bliższym poznaniu znacznie zyskują. I tak to z tymi ludźmi jest. Nie da się ich poznać ot tak. Na wykładzie na przykład. Każdy coś tam za uszami ma i nic nie da się poradzić. Muszę nauczyć się akceptować ludzi takimi jakimi są, a nie dostosowywać ich do siebie.

A długi weekend majowy spędzę z muzyką i gazetami :)

niedziela, 22 kwietnia 2012

169. Praktyki!!!

Odbywam właśnie siedem tygodni praktyk studenckich. Do domu wracam tylko na weekendy, zmęczona jak jasna cholera.
Nie widzę się z R. przez cały tydzień.
Co daje mi ten czas?
Jak się czuję z tym wszystkim?
Co robię i co się ze mną dzieje?
O tym wszystkim następnym razem. A teraz idę spać, bo jutro pobudka o 4.30.
Miłego tygodnia!

niedziela, 15 kwietnia 2012

168. Niedzielna praca...

Niedzielna praca w nicość się obraca.
Albo w gówno. jak kto woli :)
No i święta jest to prawda, jak na dzień święty przystało.
Jako, że okno w kuchni jest źle osadzone, to po otwarciu zamknąć go nie można. Przynajmniej mi idzie to bardzo trudno. Jako tej kruchej, delikatnej, kurce domowej. Potrzeba silnej, męskiej ręki. W związku z tym mycie okna tegoż i innych też odkładałam w czasie. Jak R. będzie w domu, bo jak inaczej. Dziś jednak po śniadaniu chciałam sobie przez to okno popatrzeć na świat. Podeszłam, patrzę i szarość widzę. Wkurzyłam się bardzo. Chwyciłam za ścierę i okno umyte. Idąc za ciosem umyłam też okno w pokoju i piorę firanki. Zrobiłam herbatę, podchodzę do świeżo umytego okna mojego i co... Deszcz pada. Na moje świeżo umyte okna...
Tak więc z herbatą w filiżance oddaje się niedzielnemu lenistwu i lekturze. Palcem nie kiwnę już.
Bo przecież mówią: Pamiętaj, abyś dzień święty święcił. No to święcę...

czwartek, 12 kwietnia 2012

167. Tea time...

Ostatnio wolę herbatę od kawy. Kawa... wiadomo. Rano być musi. Mocna dość z mlekiem i cukrem. Potem, w ciągu dnia piłam zazwyczaj trzy albo cztery następne. Jakoś tak po prostu. Z przyzwyczajenia chyba. Teraz jednak przerzuciłam się na herbatę. Odkrywam wiele nowych smaków i delektuję się nimi :) Na przykład zielona herbata z cytryną, albo śliwkowa. Jagodowa, żurawinowa, malinowa... W mojej szarej dużej filiżance i z dodatkiem miodu. Mmm... :)
Czas na taką właśnie.

środa, 11 kwietnia 2012

166.

Jak to się dzieje, że im więcej czasu mam wolnego, tym więcej go marnuję.
Dzisiejszy dzień to już naprawdę.
Ale zwalam wszystko na comiesięczną wymówkę i jakoś bardzo postanawiam się nie przejmować :)
Ugotowałam obiad, poszłam na spacer i zrobiłam plan na jutro.

Zapraszam Was TUTAJ.
Wysłałam swoje prace leżące w kącie i zapomniane. Powoli są dodawane na stronę. Może coś wpadnie Wam w oko :)

wtorek, 10 kwietnia 2012

165. Czy jest w tym jakiś sens?

Przeczytałam gdzieś, że blog powinien mieć określoną tematykę. Książki, filmy, filozofia, muzyka, moda, kulinaria itd. Że dopiero wtedy ma jakiś sens taka pisanina. Przyjrzałam się swojemu blogowi pod tym kątem i załamałam ręce. Bo mój blog jest kompletnie o niczym. Taka tam przypadkowa pisanina. Ani to składne, ani ładne, mądre też raczej niekoniecznie.
Ale mi daje dużo. Jakaś to chyba forma autoterapii jest. Często wyrzucam z siebie to czego nie chcę wyrzucić przed nikim. Albo się żalę i marudzę, bo tu nikt mnie za to nie opieprzy i się nie wkurzy. A nawet jeśli, to gdzieś tam daleko, po drugiej stronie ekranu - to się nie liczy. I nie wiem, czy dla kogoś jeszcze, ale dla mnie sens to ma. I to najważniejsze.
A dziś poświąteczna degrengolada. Choć wziąć się za robotę powinnam. Jutro egzamin, mieszkanie do znalezienia mam, uszyć bym w końcu chciała coś konkretnego. W ogóle działać chciałabym zacząć, a nie wciąż gadać tylko.
Działam więc!

piątek, 6 kwietnia 2012

164. Dom

Zawsze podczas takich dłuższych pobytów w domu rodzinnym, jak święta na przykład, zastanawiam się, czy to ja tak bardzo się zmieniłam i odzwyczaiłam od domowych zasad, czy to coś tutaj się zmieniło. Wniosek jest zawsze taki sam. To ja. I może nie tyle to zmiana co właśnie odzwyczajenie się od takiego życia codziennego jakie jest tutaj. Moje jest zupełnie inne teraz. I przecież przyjeżdżam do domu. Przecież kontakt mam z domem i jego członkami bardzo bliski. Jednak coś nie jest już tak samo.
Przede wszystkim zazwyczaj przyjeżdżam z R. Wiadomo, że przed "obcym" to jakoś tak wszystko inaczej funkcjonuje. Nie jestem tu też dłużej niż weekend. A święta...
Święta jakieś takie specyficzne są w tym domu. Spinamy się wszyscy nie wiadomo dlaczego. Czekamy na coś złego co miałoby się wydarzyć, nie wiadomo dlaczego. Jakoś tak na siłę staramy się skupić razem, nie wiadomo dlaczego też. Przecież jesteśmy razem. Nawet jeśli nie w danej chwili w jednym pokoju. I dla mnie takie poczucie jest ważniejsze od obejrzanego razem filmu.
Jestem zupełnie inna niż moje rodzeństwo. I dziś postanawiam przestać się dostosowywać. Nie mieszczę się w ich ramy, to trudno. Będę wystawała :)
Upiekłam sernik, odebrałam nowe okulary, pomalowałam paznokcie, przewalałam się po domu,czytając  gazetkę (Duży Format polecam :)) i pijąc miętkę, wyżerałam mamie rosół z bażanta (pyszny...) i tak mi minął dzień.
Dobranoc!!!